Portal | Blog | Album | Chat
IPB

Witaj GOŚCIU ( Zaloguj się | Rejestracja )

 
Reply to this topicStart new topicStart Poll

Drzewo · [ Standardowy ] · Linearny+

> opowieści z krypty, ciekawe opowieści

post 22-08-2006, 22:37
Post #1




SHM-0
Group Icon
Grupa: Obywatel
Postów: 53
Nr użytkownika: 3 618
Dołączył: 20-08-2006


Greats Battles of... Chosen One?

Czy pamiętacie największe swoje bitwy podczas podróży po Westlandzie? Jeżeli tak to zachęcam do podzielania się ich opisem z nami jaskiniowcami. Już wiecie pod jaki adres macie pisać. Na pierwszy ogień idzie moja historia będąca inspiracją Pamiętnikami Nomada...

Spróbuj wrócić pamięcią do 2162 roku. Jaki był to rok, chyba każdy wie. Wśród tumanów kurzu przemierzając południowy Westland, nie daleko Miasta Aniołów znalazłem się przy wielkiej katedrze z tajemniczo wyglądającym emblematem Children of Cathedral. Pamiętasz? Mogę tylko podziwiać jej potężne, lecz trochę podstarzałe oblicze z bezpiecznej odległości tysiąca stóp.
Niestety chwilę mego zachwytu przerywa metalowy obiekt, który nie wiedzieć skąd wyłonił się na tle wielkiej budowli i powoli zmierza w moim kierunku. Po chwili dostrzegam, że to nie jakiś obiekt, tylko człowiek zakuty w wielgachną zbroję oraz trzymający w dłoniach coś w stylu ogromnego... widelca? Nie, to nie widelec, to strzelba. Na dodatek plazmowa. Biegnie wprost na mnie, próbując coś pokazać wymachiwaniem rąk. Gdy już był dostatecznie blisko, do mych uszu dobiegł głos, to był jego głos. Głos, którego nigdy nie zapomnę, chociaż więcej go później prawie nie słyszałem. Krzyczł w niebogłsy, abym spieprzał stąd póki jeszcze mogę. Zanim zrozymiałem co miał na myśli, pochwycił mnie za brudne szmaty, które miałem na sobie swymi łapskami w kevlarowych rękawicach. Ten zardzewiały sukinsyn o mało nie połamał mi żeber, więc gdy tylko poczułem pod stopami ziemię, odetchnąłem z ulgą. Był teraz tylko jeden mankament - musiałem uciekać o własnych siłach. Sam nie wiem co mnie popychało, aby biec za tym wariatem i to bez jakichkolwiek wyjaśnień. Biegliśmy tak z paręnaście minut. Już chciałem sie zbuntować i nabluzgać kretynowi prosto w twarz, gdy...
Niebo rozerwał metaliczny grzmot, przez który o mało nie ogłuchłem. Spojrzałem za siebie i ujrzałem słup kurzu, dymu unoszący się ponad horyzontem. Po chwili doszedł do nas silny wiatr, będący falą uderzeniową. Wyglądało mi to na podziemny wybuch jądrowy, ale skromny zasób wiedzy nie pozwalał być pewnym.
Zerknąłem na Człowieka z Żelaza i zobaczyłem jak ściąga hełm, klęka. W jego niebieskich oczach widać było wielki smutek, przygnębienie, a nawet rozpacz. Nie miałem pojęcia nad czym tak się rozwodzi, lecz musiało to być coś szalenie istotnego dla niego. Ciągle nie odzywał się do mnie. Jak już musiał to odpowiadał w najprostszy sposób jaki tylko mógł wynaleźć.
Szedłem razem z nim przez kilka dni czy tego chciał, czy nie. W wolnych chwilach, kiedy odpoczywaliśmy, wyciągał swoje małe urządzonko i stukał w jakieś przyciski. Co w ten sposób robił, nigdy mi nie zdradził. Na jego nieszczęście przypadek sprawił, że dowiedziłem się, co tak przede mną ukrywał. Pewnaego poranka zdobył się na wypowiedzenie zdania (myślałem, że już mu przeszło). Brzmiało ono dokładnie tak: Odchdzę, nie idź już za mną. Gdy obrócił się, z jego "kieszeni" wypadło malutkie coś. Wołałem, że o tym zapomniał, ale on w ogóle nie reagował. W głębi duszy sam nie chciałem, aby wrócił po swoje, lecz później brakowało mi mojego wybawiciela.
Podczas moich dalszych podróży ciągle nurtowało mnie czym jest mój skarb. Przemieszczjąc się z miasta do miasta zawsze pokazywałem je, lecz mało kto wiedział czym może być pudełko o nieostrych krawędziach, w metetalowej obudowie. Co mądrzejsi rzucali hasłem "holodysk". Zupełnie nie rozumiałem tego słowa. Inni widząc je mówili, że to przedwojenna technologia pozostawiła te śmiecie. W końcu natrafiłem na kogoś, kto prościej wytłumaczył w czym rzecz. Była to wymienna część komputera, na której można zapisać byle co, ale przy pomocy tylko wspomnianego urządzenia. Teraz moje poszukiwania skupiały się głównie na odnalezieniu wynalazku przedwojennej cywilizacji, jakim był komputer. Nie było to proste zadanie. Większość odnalezionych w ogóle nie działała, a gdy przybyłem do bardziej zaawansowanych miejsc, nie chciano dopuścić mnie do żadnego egzemplarza. Tłumaczyłem, że nie chciałem nic samemu robić, bo nie potrafiłbym, lecz oni przystawali na swoim. Drugą barierą były pieniądze. Cały czas musiałem pracować, aby móc zarobić na jedzonko. Spałem, gdzie mi się podobało, wolałem marznąć, niż płacić za hotel. W końcu udało mi się odczytać mój dysk. Dzięki dobrym układom z pewnym handlarzem broni, spotkałem się z jakimś ważnym gościem, który zgodził się odczytać dysk na swoim, jak go nazywał PIP BOY'u. Kiedy pierwszy raz ujrzałem go (PIP BOY'a, nie faceta), wytrzeszczyłem gały na wierzch. Był zupełnie taki sam jak Wybawiciela. Zamontował mój dysk i z nieufnym spojrzeniem oddał do moich rąk swoje cenne urządzenie. Od razu zgłębiłem się w tekscie, który ciągle był przy mnie, a nie mogłem go odczytać. Wyglądało to dokładnie tak:
Dzień 137
Ten dzień był najczarniejszym z wszystkich, jaki zdołałem przeżyć na tym hamskim świecie. Niby udało mi się wykonać zadanie zlecone przez Overseera, lecz jego cena była zbyt wysoka. Rankiem przybyliśmy całą grupą do katedry. Na początku wszystko szło jak po maśle (skąd ja znam takie hasło?). Laska przekazała mi wszystkie istotne informacje, pokazała tajne schody i jakieś drzwi. W chwilę później po rozmowie z głupim kapłanem ten wkurzył i się rozpoczął walkę, jeśli można to tak nazwać. Chwila i wszyscy przeciwnicy wokoło spełnili się, czyli byli całkowicie nieżywi. Następnie udaliśmy się po schodach do góry, gdzie na każdym piętrze czekała garstka mutantów z Stealth Boy'ami. Jakoś to mojej Turbo Plasma Gun oraz Gatling Laser w ogóle nie przeszkadzało, więc nie mieli w starciu z nami realnych szans. Trafił się także facet w habicie, który posiadał dwie plakietki, nie wiedziałem po co mi były, ale zachowałem je tak na wszelki wypadek. Wrócilismy na dół. Za drzwiami, które musiałem rozwalić stał jeszcze jeden ambitny mutant. Gdy przemówiłem mu do rozumu, zeszliśmy do czegoś w rodzaju podziemnej biblioteki. Oprócz książek znajdowały się tam wielkie, stalowe drzwi, których z cholerę nie mogłem otworzyć. Na razie szczęście mi sprzyjało. Drzwi same się otworzyły, a z nich wyszła dziewoja w habicie. Niestety nie była zbyt gościnna i chciała ustąpić. Byłem zmuszony zastosować radykalne środki. Potem po kolei do pomieszczenia wchodziły bojowo nastawione roślinki, zmutowane zwierzątka, oraz zmutowane mutanty. Już nie było do śmiechu. Nasza grupa, z którą przybyłem z Los Angeles topniała z minuty na minutę. Gdy przeciwnicy nie dawali oznak życia, przeszedłem drzwi, kóre jak się okazało wiodły przez jaskinie do krypty. Zeszliśmy na niższy poziom i tu zaczęło się piekło. Będąc w zaułku, obskoczyło mnie równocześnie trzech mutantów z miniganami oraz laserówkami. Minigan nic mi nie robił, ale laser szybko wysysał życie z mojego ciała. Na szczęście gatling cioł równo i wyszedłem z tej bitwy obronną ręką. W tym samym czasie za ścianą toczyła się wojna. Gdy wszedłem do sąsiedniego pokoju, już było po wszystkim. Rozejrzałem się. Wśród mnóstwa krwi, flaków i rozczłonkowanych ciał dojrzałem Iana. Kiedy podszedłem do niego obrócił się. Jego twarz była we łzach. Podszedłem jeszcze bliżej a moim oczom ukazało się ciało Tycha... Nie wiedziałem co myśleć. Wpadłem we wściekłość, a równocześnie w rozpacz. Pierwsze zwyciężyło. Pobiegłem do pokoju obok, gdzie stało trzech gości w habitach. Zatrzasnąłem za sobą drzwi i podszedłem do pierwszego. Wyciągnąłem mój półautomat. Goście byli przerażeni. Pierwsza seria poszła w duży ekran, jaki wisiał na ścianie przez co pokój stał się ciemniejszy. Mnisi błagali na kolanach. Pierszy zmagazynował całą amunicję. Szkoda mi było SMC, więc drugiego załatwiłem ręcznie. Gdy trzeci czekał, już pogodzony ze śmiercią, wyjąłem łom. Mnich skulił się. Rzuciłem przedmiotem o podłogę i wyszedłem. Na zewnątrz czekał trochę bardziej pozbierany Ian. Starałem się być twardy. Nigdy bym nie przypuszczał, że ten chłopak będzie opłakiwał Tycha, przecież w podróży często sprzeczli się, czasami długo nie odzywali się do siebie. Bez przekonania rzuciłem hasłem, że czas kontynuować. To teraz nie było dla mnie zadanie, to zemsta. Szybko zeszliśmy poziom niżej. Mijając garaż robotów, natrafiliśmy na kolejego mutanta z miotaczem płomieni. Bez wahania wystrzeliłem pierwszy, lecz nie stało się jak przypuszczałem. Zielony ciągle stał na nogach i szybko zbliżał się do nas. Ian pochwycił swój 9mm, wymierzył i zadał krytyczny cios, po którym mutant padł martwy. Całą akcję słyszeli inni, więc po chwili zza rogu po kolei zaczęli wyłaniać się następni chłopcy. Ci byli bez wątpienia silni, ale conajmniej tak samo głupi. Z dystanu ładowali w mnie salwy z gatlinga lub rakietnicy, przez co ci, którzy podeszli bliżej, stanowili żywą tarczę. Niestety w tej tarczy znajdował się także Ian. Został przecięty na pół jak większość. W końcu zostało nas trzech. Wszyscy trzymali w rękach Gatling Lasery. Sam na dwóch. Salwa, opatrunek, opatrunek salwa. Myślałem, że to się nie skończy. Na moje szczęście, nie wiedzieli, że posiadam prawie tysiąc amunicji... W końcu podeszli do mnie, by dokończyć robotę gołymi rękami. Nie doszli...

Zszedłem na, jak się później okazało najniższy poziom, gdzie zastałem jeszcze dwóch delikwentów. Poszło gładko. Zauważyłem w oddzielnym pokoju wielką bombę, czy reaktor. Przewody wiodły wprost do komputera. Hacking to moje hobby, więc tak jak z maszynami w Military Base, tak i z tym nie miałem kłopotów. Z głośnika na ścianie dobiegł damski głos, który oznajmił, że procedura autodestrukcji została rozpoczęta. Tylko mi wcale nie chciało się uciekać. Wolałem zginąć tu przy moich przyjaciołach, szczególnie gdy zadanie zostało wykonane. Lecz coś mi podpowiedziało, aby żyć, aby wrócić do Vault 13, gdzie mój dom. Szybko opuściłem to miejsce, po drodze nie patrząc na zwłowki mych towarzyszy. Wszystko to miało nie długo wyparować.
Wybiegając z katedry zauważyłem zwykłego gościa, który stał i nie wiedzieć czemu przyglądał się budowli...
Dalej już wiecie jak potoczyły się wydarzenia. Wiem tylko, że nigdy nie zapomnę faceta, który uratował mi życie, a ja nawet nie znam jego imienia.

JoshuaFT

Strasznie mi się to podoba jeżeli macie jakieś podobne prosze piszcie z wielką chencią poczytam :)

Ten post był edytowany przez muza12k: 27-09-2006, 22:39

Załączony/e plik/i
Dodany plik  Dokument.rtf ( 12.27k ) Liczba pobrań: 162
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
post 23-08-2006, 09:18
Post #2




Wasteland Demon
Group Icon
Grupa: Administrator
Postów: 2 692
Nr użytkownika: 351
Dołączył: 08-03-2003

Pomysl fajny, ale nie wiem, czemu zalozyles ten topic w NSO... Przenosze tam, gdzie jego miejsce...
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post
post 23-08-2006, 12:19
Post #3




SHM-2
Group Icon
Grupa: Obywatel
Postów: 585
Nr użytkownika: 3 317
Dołączył: 03-05-2006

A czemu nie ma tam nic o Dogmeacie?

I końcówka trochę niejasna. Ni stąd ni zowąd ostatnie dwa zdania wypowiada narrator, a nie VaultDweller
Dałbyś na to oddzielny akapit, a byłoby bardziej czytelne.

Ale tak pozatym to jest świetne. Naprawdę ciekawe
User is offlineProfile CardPM
Go to the top of the page
+Quote Post

Reply to this topicTopic OptionsStart new topic
1 Użytkowników czyta ten temat (1 Gości i 0 Anonimowych użytkowników)
0 Zarejestrowanych:
 

Wersja Lo-Fi Obecna data i czas: 14-12-2019, 06:07