Forum | Blog | Album | Chat

       Login:
       Hasło:
       Zapamiętaj mnie
       
 
     - Zarejestruj się!
     - Zapomniałeś hasła?
     - Wiadomosci ze sceny
     - Fallout 3 Almanach 2.0
     - Wyślij newsa
     - Informacje o serwisie
     - Forum dyskusyjne
     - Chat
     - Album Rodzinny
     - SHAMO Blog
     - Niekończąca Się Opowieść
     - NSO Info
     - Pamiętniki Fallout
     - Postnuklearne Pocztówki
     - Tylko Oryginalny Fallout
     - ZINY


s p o n s o r:




patron akcji TOF:

Tylko Oryginalny Fallout
 

Niekończąca się opowieść.

- Monick, zejdź z tej wydmy! – Krzyknęła niewyraźnie stara, niska, niechlujnie ubrana kobieta w stronę stojącej na piaszczystym pagórku postaci ustawionej twarzą ku wschodowi i nieustannie wpatrującej się w ogromne pustkowie.
- Dobrze ciociu, już idę – Delikatnym głosem odpowiedziała dziewczyna, zaczynając zbiegać w kierunku starszej kobiety – Wiesz, że lubię obserwować pustynię – Dodała.
- Wiem, wiem ale jeśli za długo będziesz przebywać na słońcu to zrobi ci się krzywda – staruszka mówiła lekko podniesionym głosem, chcąc by dziewczyna dobrze ją usłyszała.
W tym momencie Monik dobiegła do kobiety, którą nazywała swoją ciocią. Teraz dało się wyraźnie zauważyć iż dziewczyna jest średniego wzrostu i ma smukła sylwetkę. Ubrana była w sukienkę uszytą ze skrawków jakiegoś materiału gdzieniegdzie łataną kawałkami skór małych gekonów. Miała długie, proste, czarne jak węgiel włosy, które przy najlżejszym powiewie wiatru delikatnie falowały. A jej brązowe oczy wydawały się mieć tyle blasku co najjaśniejsze gwiazdy na niebie.
- Zbliża się wieczór, a my musimy jeszcze uzbierać drew na opał żeby móc przygotować coś do jedzenia.
- Ciociu Dafne, zawsze to samo, dzień w dzień robimy dokładnie to samo, chciałabym w końcu jakiejś odmiany. Wiem, że żyje nam się tu bezpiecznie jednak ta monotonność jest bardzo nużąca. Chciałabym wreszcie zobaczyć jak inni radzą sobie na tym pustkowiu.
- Ehhh, niepotrzebnie dawałam ci te przedwojenne książki do czytania... wszystko ci się od nich w głowie poprzewracało. Zewnętrzny świat jest śmiertelnie niebezpieczny, sama słyszałaś jak kupcy o nim opowiadali. Zresztą trudno żebyś nie słyszała, gdy tylko przyjeżdżają handlować zawsze ich o wszystko wypytujesz.
- A jutro przed południem przyjadą ponownie, to już za kilkanaście godzin. Nie mogę się doczekać! – krzyknęła z podekscytowaniem Monick.
- Ale teraz chodźmy już czeka nas praca. – Mówiąc to Dafne ruszyła przez osadę, Monick podążyła za nią.
Osada to może za dużo powiedziane, gdyż w Moonswill znajdowało się tylko pięć namiotów, jeden niewielki kopiec w którym przechowywano zapasy żywności i miejsce na ognisko przy którym wieczorami większość mieszkańców, a było ich dwudziestu czterech, spotykało się aby wspólnie spożyć posiłek i czasami jeśli wynikły ważne sprawy naradzić się. Przywódcą osady był Stary Max, który był niewiele starszy od Dafne, Oboje byli najstarszymi mieszkańcami Moonswill, często żartowano, że razem mają tyle lat co cała reszta jednak nigdy nie powiedzieli, lub sami nie wiedzieli ile dokładnie już przeżyli. Po ok. godzinie Dafne i Monick wróciły z obchodu przynosząc sporą ilość gałęzi. Ułożyły je w wyznaczonym miejscu i rozpaliły ognisko. Następnie z różnych korzeni i roślin które przyniosły inne kobiety wspólnie zaczęły przygotowywać posiłek. Było już całkiem ciemno gdy wszyscy mieszkańcy zebrali się przy ognisku. Usiedli wokoło, część kobiet rozdało każdemu miskę z jedzeniem. Wszyscy zaczęli jeść i rozmawiać między sobą o tym i o tamtym, zazwyczaj Monick lubiła słuchać tych rozmów zwłaszcza opowiadań Starego Maxa jednak dziś te rozmowy i opowiadania wydawały jej się wyjątkowo nudne... cały czas myślała o jutrzejszym dniu. Szybko zjadła swoją porcję i poszła do namiotu, przykryła się czymś w rodzaju koca i ułożyła do snu. Zanim zasnęła powiedziała jeszcze – Jutro przyjadą kupcy, może wreszcie coś się zmieni.

Marks

W nocy śniło jej się, jak przemierza góry i równiny, jak walczy z setkami geckonów, jak negocjuje ceny w sklepach, jak pomaga ludziom w potrzebie, jak przeładowuje swego shotguna, by za chwilę roztrzaskać(delikatnie mówiąc) nim jakiegoś punka, co za bardzo podskakiwał, jak leczy rany na pustkowiu, jak chowa się przed patrolami raidersów itp. itd. Śniło jej się również wiele innych mniej znaczących rzeczy. Zbliżał się ranek, na horyzoncie widać było już karawany kupców. Wkrótce te marzenia miały się spełnić.

[W*] Maetiou

Gdy nastał ranek, Monicke czekała podniecona na kupców, lecz gdy już wreszcie przybyli, zupełnie nie zauważyli jej istnienia... Rozłożyli namiot na środku placu w wiosce (odrzucali wszystkie propozycje gościny), a dwoje najstarszych weszło do śrdka targować się i kupować różne dobra... (or something)
Niestety, monicke nie miała tam wstępu :(
Już pod wieczór, nasz bohaterka postanowiła że musi chociarz porozmawiać z kupcami o tym, jaki jest świat poza jej otoczniem - Postanowiła wślizgnąć się do namiotu kupców...

Aradesh

W namiocie panował lekki półmrok. Na środku paliło się niewielkie ognisko, a jego światło delikatnie oświetlało twarze siedzących wokół trzech handlarzy. Kiedy Monick weszła do środka mężczyźni dotąd zamyśleni, powoli podnieśli wzrok w jej kierunku.
- co tutaj robisz - spytał jeden z nich
- ja? Ja tylko tak przechodziłam. Wie Pan, tutaj niewiele się dzieje. Ciągle te same twarze, ci sami ludzie... Zawsze marzyłam, by wyrwać się stąd. Wiem, że jesteście nietutejsi, więc miałam nadzieję, że dowiem się czegoś o tym wielkim świecie na zewnątrz...
Jeden z handlarzy zaciągnął się dymem ze swojej starej, drewnianej fajki, tak że dym wypełnił wnętrze namiotu lekko gryzącym zapachem. Następnie sięgnął do kieszeni i wyciągnął sporej wielkości kawałek pożółkłego papieru. Kiedy go rozwinął, okazało się, że jest to licząca już kilkadziesiąt lat, sporządzona jeszcze przed wojną mapa.

Marks

Podexcytowana Monick nie zauważyła jej w pierwszej chwili, lecz już w drugiej trzymała ją przy świetle lampy i uważnie studiowała.
-Czy to aktualna mapa? - zapytała się nieśmiało Monick.
-Jak najbardziej - skłamał kupiec. Monick nie zauważyła, jak kupiec wysyła porozumiewawcze spojrzenia do swych kolegów.
-Czy mogłabym ją zatrzymać?
-Co to, to nie, młoda panno. Ta mapa kosztowała mnie $67 dolców, ale jak dla ciebie, spuszczę cenę do $45.
-O jejku, mam zaoszczędzonych tylko $40 dolarów, czy tyle mogłoby wystarczyć?
Handlarz zamyślił się przez chwilę, po czym oznajmił:
-Wystarczy, ale pod warunkiem, że dasz mi tę bluzkę - z błyskiem w oku wskazał palcem na brzuch Monick.
-Całe szczęście, że mam taką drugą w namiocie, zaraz wrócę!
Na chwilę zapanowała niewygodna cisza spowodowana wyjściem Monick.
-Już jestem! - powiedziała Monick i podała zmiesznemu kupcowi bluzkę. Wyglądał tak, jakby oczekiwał czegoś innego. Wręczył Monick starą mapę i zaczął znów się targować z osobami obecnymi w namiocie. Monick wróciła do swojego namiotu, spakowała wszystkie niezbędne do przeżycia w dziczy rzeczy, jeszcze raz spojrzała na mapę i położyła się na łóżku. Jutro wcześnie rano miała zamiar wyruszyć w podróż swojego życia.

[W*] Maetiou

Jednak gdy spała, sniło jej się coś zupełnie innego niż to co wyobrażała sobie dotychczas - tym razem miejsce dzielnej odkrywczyni w jej śnie zajęła przestraszona dziewczynka która nie wiedziała gdzie jest, była głodna i spragniona...

Tak więc, gdy wstała rano o mało co nie zrezygnowała (a nie byla z tych, co łątwo się poddają), ale rzeczy miala już spakowane i gdy tak patrzała - oststni raz w życiu (tak wtedy sadziła) - na namiot kupców, wpadła na wprost genialny - przynajmniej tak jej sie wydawało - pomysł!

Wkradnie się do karawany kupców!

Nikt przecierz nie zauważy, jeśli schowa się miedzy towarami na jednej z przyczep ciągniętych przez bhraminy...

Gdy dotrą do miasta, na pewno cos wymyśli...
przyszłośc miała pokazać co ją czeka. sprawdziła jeszcze raz czy wszystko wziela (grzebień: jest, szampon: jest, stara przedwojenna barbie: jest) i zaczela czekac na odjazd kupców...

Dark One

Zerkajac czy aby nikt nie przyglada sie workom z rozmaitymi dobrami Monick nakryla sie szarym plotnem i wslizgnela miedzy towary. Nie musiala dlugo czekac kiedy uslyszala przyjazne muczenie krow, a kola wozu zaskrzypialy. Karawana ruszyla w nieznanym dziewczynie kierunku. Ciekawosc nekala ja by wyjsc z ukrycia i zobaczyc otaczajacy ja swiat. Powsciagnela jednak swoje wodze, ale niestety nie pomoglo to jej w pozostaniu nie wykrytej. Po chwili zadumy woz podskoczyl, a z delikatnych ust dziewczyny wydal sie cichy pisk. Nie trzeba bylo dlugo czekac na pojawienie sie jednego z kupcow. Mezczyzna szybkim ruchem zerwal tkanine z dziewczyny

No prosze kogo my tu mamy - rozochoconym glosem mruknal starszy facet z wyraznie rysujacym sie miesniem piwnym.

Ja... - dziewczynie zabraklo tchu w piersiach, ale zdala sobie sprawe ze ma przed soba tego samego kupca, od ktorego uzyskala mape.
Wszysko bedzie w porzadku - pomyslala - Tylko co oznacza ten dziwny blask w jego oczach?
Wiec jedziemy bez biletu? Hmmmm tak nie mozna trzeba bedzie jakos to oplacic - zarechotal zlowieszczo lysiejacy mezczyzna. Jego reka powoli zblizala sie do piersi dziewczyny.
Mysle, ze z checia przyjmiesz takiego doswiadczonego czlowieka jak ja - wyraznie osmielony gbur podwinal sukienke Monick a jego palce zaczely wedrowac po jej piersiach drazniac jej sutki.
Monick nadal zlekniona i zszokowana zaistniala sytuacja nie mogla zrobic nic poza czekaniem na dalszy rozwoj wypadkow.
Dziewczyna starala sie uspokoic chociaz jej cialo drgalo i czula ze dlonie mezczyzny wedruja coraz nizej, a jego jezyk muska ja w podniebienie.

Kazul

Sytuacja nie wyglądała ciekawie... Monick nie bardzo wiedziała co handlarz może jej zrobić, lecz byłą przekonana, że to nie skończy się dobrze. Zaczęła po omacku lewą ręką szukać jakiegoś przedmiotu aby się móc bronić. Po chwili poczuła jakby kamień, mniej więcej wielkości pięści, chwyciła go w dłoń i chcąc zdzielić napastnikowi w łeb wzięła zamach. Kupiec mimo iż wpatrywał się w częściowo nagie ciało dziewczyny zauważył to i kiedy Monick już miała go uderzyć on chwycił ją za ramie i szybkim ruchem wyrzucił z wozu na ziemię.
- Oj nieładnie, a ja byłem dla ciebie taki miły – mówiąc to stanął nad dziewczyną.
Ona leżąc obróciła się, tak aby zobaczyć twarz mężczyzny. Kamień który miała w ręce wypadł jej podczas upadku i teraz byłą całkiem bezbronna. Już prawie miała spanikować gdy grubawy handlarz zaczął się nad nią pochylać jednak w tym samym momencie zebrała się na odwagę i z całej siły kopnęła go w krocze. Biedak jęknął tylko przeraźliwie z bólu i padł na ziemie niczym kłoda. Monick jednym ruchem zerwała się na nogi i zaczęła nerwowo obserwować pozostałych członków karawany, okropnie dyszała, jej piersi unosiły się i opadały w nierównomierny sposób, była przerażona i bała się co w takiej sytuacji się z nią stanie. W tym momencie jeden ochroniarzy karawany, który nie był kupcem a wyglądał nie więcej niż na 25 lat i w pierwszej chwili wydał się dziewczynie nawet przystojny powiedział.
- Hej Bob, ta lejdi położyła cię jednym ciosem! – po tych słowach wszyscy roześmiali się. Jedynie Monick nie miała powodów do śmiechu.
Ochroniarz ciągnął dalej – Widać, że panienka umie o siebie zadbać, może byśmy ją tak zatrudnili? Potrzebny jest ktoś do opiekowania się Brahminami podczas drobi... Ja jestem od strzelania i się tym na pewno nie będę zajmował. Nie musisz się śpieszyć z odpowiedzią, Bo widzę, że jesteś zajęty – Po tych słowach ponownie zabrzmiał głośny śmiech wszystkich. Tym razem nawet Monick lekko się zaśmiała ^_^

Someone

Nastal wieczor Monick do tego czasu zdolala poznac czlonkow karawany na szczescie nie musiala zaczynac pracy od razu postanowiono, ze zacznie nastepnego dnia. W nocy Monick przypominala sobie wszystko co sie wydarzylo tego dnia, a szczegolnie mlodego ochroniarza, ktory stal na czatach pare metrow obok. Nastal ranek kupcy zebrali manatki no i ponownie wyruszyli w droge.
Mloda dziewczyna z niechecia podjela sie zadaniu pilnowania Brahminow, gdyz chciala miec zycie pelne ciekawych przygod. Jednak powiedziala sobie "od czegos musze zaczac" wiec zabrala sie do roboty. Nie przychodzilo jej to latwo, poniewaz zwierzeta nie byly chetne do "wspolpracy".
Dziewczyna jednak przez caly czas ciezkiej pracy spogladala w strone przystojnego ochroniarza, ktory nazywal sie Peter...

Marks

Ten jej jednak nie zauważał. Monick tak się w niego zapatrzyła, że w pewnej chwili nieuważnie wdepnęła, a następnie poślizgnęła się na odchodach brahmina. Gdy wstała, cała ociekała z radioaktywnego łajna. Odór roznosił się niesamowity, więc szybko zarzuciła na siebie jakąś szmatę i chyłkiem i tyłkiem przemknęła się obok rozmawiającego z Helmutem Petera, do swego "pokoju", gdzie szybko wytarła się w prześcieradło jednego handlarza. W tej chwili przypomniała sobie, jak jej ciocia (gdy była trochę młodsza) opowiadała o sprawdzonym "eliksirze miłości", do którego sporządzenia należało krew mrówki, mleko geckona i szampon zmieszać ogonem radskorpiona. Tak przygotowanym eliksirem obmywało się własne ciało, podchodziło się do wybranego partnera i był już nasz. Naiwna Monick oczywiście zawsze nosiła te składniki w kieszeni, "tak na wszelki wypadek" jak sama twierdziła, i już miała krzyknąć "Hurra!!!", gdy nagle przypomniała sobie wcześniejszą rozmowę z kupcami, wtedy właśnie dowiedziała się, że Peter nie ma węchu... "Nigdy go nie zdobędę." pomyślała. Położyła się na łóżku zrezygnowana, gdy wtem zaświtał jej w głowie zupełnie nowy, choć nieco ryzykowny pomysł - podłoży koło Petera kuchenkę z gazem, odkręci go, schowa się, a następnie wyskoczy na swego ukochanego, krzyknie jakieś niezrozumiałe słowa, po czym jednym susem dobiegnie do kuchenki i zakręci gaz, tym samym "ratując mu życie". "Tylko żeby nikt mnie nie zauważył" powiedziała do siebie.

TRASHER

Pomysł Monick nie był jednak zbyt dobry. "Skąd ja do jasnej cholery wezmę kuchenkę gazową na takim zadupiu?" - myślała z pogardą dla samej siebie - "Chyba mi się to wystawianie głowy na słońce nie bardzo opłaciło".
Monick podróżowała z karawaną już kilka dni. Przez ten czas poznała wszystkich członków załogi (a najbardziej zainteresowana była nadal peter'em). Mało zróżnicowana drużyna dzieląca się praktycznie tylko na chciwych kupców, wałujących tubylców przy każdej okazji, i strażników myślących tylko mięśniami lub... no, wiadomo czym. Znalazło się jednak kilka osób, z którymi Monick zaprzyjaźniła się bliżej. Stary handlarz, na którego wołali Patch uczył ją o przedwojennym sprzęcie oraz wyszkolił w barterze (czyli wciskaniu kitu tak dobrego, że mogła sprzedawać piach nomadom), zastępca dowódcy eskorty, Mark, trenował ją w walce wręcz oraz strzelaniu z pistoletu. Sprezentował jej nawet 10-cio milimetrowego gnata i kilkanaście sztuk naboi. Monick powoli nabierała doświadczenia i była naprawdę cholernie zadowolona z opuszczenia Moonsvill.
W końcu nadszedł czas sprawdzianu - karawana została zaatakowana przez Raidersów. Ta banda hien była dobrze znana każdemu mieszkańcowi post-nuklearnej Ameryki. Claim Jumpers czy Khans - nieważne. Wszyscy chcieli tylko jednego - forsy, towaru i browaru. W czasie napadów lubili też zabić parę osób i wykorzystać kilka najładniejszych dziewczyn. Rozgorzała walka. Pociski śmigały w powietrzu. Raz po raz kule z brzękiem trafiały w naczepy. Strażnicy karawany posyłali serie w kierunku kryjących się za skałami najeźdźców. Jeden z nich zakradł się z nożem między Brahminy i zbliżył się do Monick.
- Ooo, towar... zaraz się zabawimy - rzucił z szyderczym uśmiechem.
Monick przypomniała sobie naukę walki. "Czasami bardziej od umiejętności strzeleckich liczy się determinacja. Nic ci nie da sprawna ręka i dobre oko, jeżeli nie będziesz w stanie oddać strzału" - mawiał Mark. Dziewczyna błyskawicznie sięgnęła po broń ukrytą za paskiem i strzeliła Raidersowi w brzuch. Mężczyzna jęknął i chwycił rękami zranione miejsce. Przez palce przeciekały już czerwone strużki krwi.
- Ty...suko... postrzeliłaś mnie - wyjąkał próbując rzucić nożem w Monick. Niestety, dziewczyna była szybsza i oddała jeszcze dwa strzały w pierś agresora. Jego oczy znieruchomiały, ciało zesztywniało. Martwy człowiek upadł na ziemię. Przez głowę Monick przelatywało tysiące myśli. Sytuacja zagrożenia, pierwszy udział w walce i... pierwszy zabity człowiek. Dziewczynie zaczęło się kręcić w głowie. Nie mogła się powstrzymać od zwymiotowania. Samopoczucie poprawił jej głos Marka.
- Nie rozpaczaj nad tym. Zabiłaś w obronie własnej. Zdałaś egzamin. Tu nie ma przeproś - albo ty zabijasz, albo ciebie zabiją. Walka skończona. Powinnaś się położyć.
Dziewczyna, leżąc na swoim kocu, długo rozmyślała nad dzisiejszym zajściem. Wciąż widziała puste oczy konającego Raidersa. Po raz kolejny zaczęła się zastanawiać, czy opuszczenie Moonsvill było dobrym pomysłem...

Moyżesh

Jednak zmęczenie wzięło wreszcie górę nad moralnymi rozterkami dziewczyny i powieki Monick łagodnie zamknęły się.
Jednak sen nie przyniósł jej ukojenia, wręcz przeciwnie.
Było już niedaleko do świtu gdy Monick gwałtownie otworzyła oczy. Oddychała ciężko i niespokojnie. Pomimo niskich temperatur panujących w nocy na pustkowiach cała była spocona.
Wiedziała, że miała koszmar. Nie mogła sobie przypomnieć jaki,jednak uczucie przerażenia na tyle silne by wyrwać ją z objęć snu nadal ściskało ją za gardło. "Raiders" - przemknęło jej przez myśl. Skojarzyła, że w jej koszmarze na pewno występował odziany w skórę bandyta, którego jeszcze tego samego dnia odesłała do krainy wiecznych łowów. Nie chciała sobie przypomnieć juz nic więcej.
Spojrzała na swoje ręce.
Drżały.
Na pewno nie było to spowodowane przejmującym zimnem wiejącego nocnego wiatru.
Monick wiedziała, że nie da rady już zasnąć. Nawet nie chciała tego. Wspomnienie koszmaru cały czas pobudzało jej serce do szybkiego łomotania. Otuliła się kocem i wstała. Wychyliła się z płytkiego zagłębienia w skalnej ścianie, które obrała sobie za nocleg, znajdującego się kilka metrów od miejsca gdzie spała reszta uczestników karawany. Ognisko już zgasło ale powoli zbliżał się świt. Chwilę trwało zanim oczy Monick przyzwyczaiły się do szarego, panującego jeszcze wszędzie, półmroku. Zobaczyła, że wszyscy skupieni wokół ogniska śpią, jedynie ciemna postać osobnika stojącego z błyszczącym shotgunem w dłoniach pełniącego nocną wartę wyraźnie odcinała się na tle nieba. Monick wiedziała, że nocne warty zawsze pełni dwóch ludzi, jednak nie mogła dostrzec drugiego strażnika. "Być może poszedł się załatwić"- pomyślała patrząc w stronę oddalonego o kilkanaście metrów skupiska marnie wyglądających drzew o szaro-brązowej korze i pożółkłych liściach.
Wyszła ze swojej niewielkiej jaskini i skierowała kroki w stronę czarnej sylwetki nadal niewzruszenie stojącej z ciężkim kawałkiem żelastwa z rękach chcąc zamienić choć kilka słów i odegnać wspomnienia koszmaru, zarówno tego sennego jak i tego, którego sama była uczestnikiem niedawno. Dopiero przechodząc pomiędzy spiącymi kupcami uświadomiła sobie, że żaden członek karawany nie zginął podczas niedawnej strzelaniny. Jedynie zabandażowana głowa Boba, któremu pocisk z 10mm pistol zostawił bliznę biegnącą koło lewego oka kończącą się zaraz nad uchem, świadczyła o tym co się niedawno wydarzyło. Gdy tylko znalazła się na otwartej przestrzeni, zimny podmuch wiatru rzucił jej w twarz część piachu, który przed chwilą poderwał z ziemi, jakby chcąć ukazać mu radość drzemiącą w byciu wolnym od więzów grawitacji. Monick odkaszlnęła i owinęła się szczelniej kocem.
Miała szczęście, na straży stał Mark więc konwersacja mogła być dłuższa i bardziej zajmująca niż nieprzyjazne "czego chcesz" lub "co znowu księżniczce nieodpowiada?" rzucane jej złośliwie przez Thuga lub Roberta, nie wspominając już o wiecznie milczącym Reaperze.
- Nie możesz spać ? - Mark usmiechnął się przyjaźnie gdy ujrzał dziewczynę.
- Tak - odpowiedziała krótko starając się jednocześnie wymyślić jakiś temat do rozmowy. Nie chciała wspominać tego co zrobiła a wiedziała, że Mark o to zapyta.
- Jak się czujesz ? Wyglądasz bardzo blado, czy to z powodu... - Mark nie dokończył bo pełne bólu spojrzenie Monick uświadomiło mu, że ona najwyraźniej nie chce o tym mówić.
- Słuchaj - niepewnie zaczęła - a o Peterze... to czemu... czemu on tak właściwie nie ma węchu? - była zła na siebie, że nie potrafiła wymyslić nic lepszego, ale z drugiej strony uświadomiła sobie, że nic nie wie na ten temat i ciekawość zagłuszyła w niej choć na chwilę lęk jaki pozostawił po sobie koszmar.
- Peter... - Mark zamyslił się - widzisz on właściwie sam o tym niewiele mówi... ale inni mowią... hmm... - widać było, że Mark zastanawia się ile może dziewczynie powiedzieć z tego co wie - Peter urodził się w New Reno, miejscu raczej nieprzeznaczonym dla dzieci, słyszałaś o nim?
- Tak, Patch mi coś opowiadał ale nie za dużo.
- No cóż, w New Reno dostęp do narkotyków jest prawie nieograniczony. Właściwie to jest zupełnie nieograniczony... Słyszałaś może o narkotyku Psycho ?
- Patch mówił, że to coś bardzo niedobrego.
- Taa, tylko zależy kogo pytasz...
- co?
- Nie, nic... W każdym razie Peter podobno był wtedy jeszcze małym gówniarzem gdy wraz z kolegą poszli się bawić na położony niedaleko miasta cmentarz zwany Golgotha... - Mark zrobił przerwę, widać było, że znowu się nad czymś zastanawia - prawdopodobnie jakiś ćpun zrobił sobie gdzieś na cmentarzu schowek na swoje "cudeńka". Pech chciał, że Peter i jego kumpel znaleźli ten schowek... - Mark znowu spauzował, tym razem na dłużej. Monick zaczęłą się już niecierpliwić gdy podjął dalej temat - Psycho było przeznaczone jako stymulant bojowy dla żołnierzy, dzieci definitywnie powinny się od tego trzymać z daleka, ale widać przeznaczenie chciało inaczej. Peter podobno nie chciał, ale szyderstwa kolegi popchnęły go do tego... podobno... on...tylko trochę... ale dla niego to i tak było za dużo. Naruszenie systemu nerwowego czy coś w tym stylu... podobno jego kolega nie miał takich oporów jak Peter...- Mark urwał niespodziewanie. Monick ubróciła się by spojrzeć w kierunku w którym utkwił jego wzrok.
Cicho jęknęła. Peter, który pojawił się nie widomo skąd patrzył na zastępcę dowódcy zimnym wzrokiem.
- Dosyć tego gadania. Mamy poważne kłopoty, tym razem to już nie jakaś biedna banda raidersów uzbrojona w dwa naboje i noże. Najlepiej by bylo dla nas wynosić się jak najdalej stąd ale teraz już jest na to za poźno...

KoNiO-NT

J..jak to? - zapytała Monick, patrzac z niepokojem na Petera - Co moze być gorszego od tej bandy Junkersów w tak zapomnianym przez Boga i ludzi miejscu, jak to?
No cóż mała - odrzekl Peter - widac ze pomimo nauk malo jeszcze wiesz o otaczajacym cie swiecie... Moze Mark zamiast wciskac nos w nie swoje sprawy - tu Peter popatrzyl w strone zmieszanego wartownika - powinien wyjasnic ci, jakie niebezpieczenstwa oprocz tych brudasow Junkersow moga cie spotkac na pustyni..
Wracajac do sprawy - podjal spowrotem watek Peter - jeden z naszych zwiadowcow zauwazyl patrol Enklawy podarzajacy w kierunku naszego obozowiska...Zdaje sie ze zauwazyli juz blask naszych ognisk, wiec ukrywanie sie nie ma w tej chwili najmniejszego sensu
Patrol ENKLAWY?? - krzyknal zaskoczony Mark - wydawalo mi sie ze Enklawa to juz przeszlosc!!
Zaraz, zaraz ... moze ktos laskawie mi wyjasni coz takiego jest ow "patrol Enklawy" - przerwala Monick.
Ehh.. to cala historia... nie ma teraz czasu zeby wszystko objasniac -westchnal Mark- Ale skoro tak zostali zidentyfikowani to znaczy ze te bydlaki jednak jeszcze istnieja ... ciekaw jestem, gdzie tym razem sie zagniezdzili...
W oddali slychac bylo odglos pracujacego silnika. Nieuchronnie zblizaly sie jakies pojazdy, widac bylo blyskajace reflektory.
No coz -westchnal Peter- tym razem czeka nas niechybna smierc, chyba ze Bob zamiast myslec, jak to bylo w przypadku Monick, fiutem, zacznie kombinowac, jak nas wyciagnac z tego syfu.

Marks

Sytuacja nie wyglądała zbyt różowo. Zarządzono, że zgasi się ognisko i wszyscy ukryją się gdzie kto może. Monick nie miała szczęścia i w ciągniętych losach wypadły jej zrobione wcześniej (tak na wszelki wypadek) okopy. Schowana tam, , przykryła się liścmi i starymi szmatami i, skulona, przeżegnała się.
"Oby tylko mnie nie zauważyli" powiedziała do siebie.
"Ciszej z deka bądź - krzyknął szeptem ktoś na prawo od Monick - zbliżają się!"
I rzeczywiście, dał się słyszeć głośny i donośny ryk silnika, by w chwilę potem zza pagórka z prędkością 170 km/h wyjechał Chrysalis Highwayman, poszybował przez chwilę w górę, z hukiem uderzył o ziemię, aż w końcu zatrzymał się na ognisku, a tylne jego koła z rozpędu oderwały się od podłoża i znów w nie rąbnęły. Z samochodu wyszedł człowiek w Advanced Power Armour MK II, a za nim jakiś dzikus z kością w nosie. Oczywiście całej tu opisanej scenki Monick nie widziała, gdyż przez cały czas siedziała w okopach przykryta liśćmi i szmatami. Zorientowała się dopiero o przybyciu "patrolu Enklawy", gdy coś zaczęło spływać po jej głowie. Wreszcie przybysze odjechali, a z kryjówek zaczęli powoli wychylać się koledzy z karawany. Dopiero po godzinie Monick odważyła się spytać, co tak naprawdę zaszło. Zdarzenie to opowiedział jej Boomer, ale tylko do momentu, gdy zajechał wóz, resztę przytoczył Peter. A było tak: Peter schował się do namiotu i z tamtąd wszystko obserwował. Z maski wozu zdołał odczytać "Nothing can stop the Highwayman" - znał ten charakter pisma już wcześniej, chyba z Den, ale nie mógł sobie przypomnieć, od kogo konkretnie. W każdym razie, zauważył faceta w APAMKII wysiadającego z wozu, a zaraz za nim jakiegoś dzikusa gadającego do swej kości w nosie. Pierwszy facet krzątał się nerwowo, kazał przytrzymać dzikusowi jego Bozara, a sam podszedł do okopów, otworzył klapkę w okolicach krocza i zaczął.. sikać. Peterowi, gdy się przypomniało, że tam się ukryła Monick, zebrało się na śmiech, na szczęście szybka interwencja Helmuta w postaci kuksańca w bok skutecznie go uspokoiła i ochroniła całą karawanę przed katastrofą. Chwilę potem, jak facet w APAMKII powiedział "Aaa, nareszcie.." i zamknął klapkę w okolicach krocza, dzikus wręczył mu jego Bozara i odjechali w siną dal pustkowi. W tym momencie Monick zrobiło się żal, gdyż nie podejrzewała Petera o to, że będzie się z niej śmiał, przecież ona go kochała, a może tylko tak sie jej zdawało? Na to pytanie nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ w tej chwili przerwał jej donośny krzyk widocznie wkurzonego Marka, który brzmiał mniej więcej tak: "Kto był, *urwa, zwiadowcą!?!". Helmut oznajmił mu nadzwyczaj spokojnie, iż był nim Jednooki Rex. Tu posypały się bluzgi w kierunku niewiadomo którym, w stylu "CO,,,REX?!?! KTO POZWOLIŁ TEMU ŚLEPEMU PIZ*OLCOWI STAĆ NA WARCIE?!?! PRZECIEŻ TEN NIEDOROBIONY FAGAS NIE POZNAJE SIEBIE PRZED LUSTREM,,,A CO DOPIERO PATROL ENKLAWY?!?!" Przerwał mu Reaper z wychódka: "Nie krzycz tak, próbuję się skupić!"
-Tylko się nie zesraj - odbąknął mu Mark. - Chodziło mi o to, że to wcale nie był patrol Enklawy, tylko jakiś "Hajłejmen", jak to zauważył Peter, choć jeden kolo z Bozarem rzeczywiście miał na sobie Advanced Power Armour MK II i mógł on zrobić nam niezłego kuku. Przepraszam na chwilę - tu zwrócił się do Jednookiego Rexa i poszli razem za namiot. Monick podbiegła cichcem do nich i usłyszała kawałek rozmowy -..co ty sobie wyobrażasz?! Kto ci, do *urwy nędzy, pozwolił być zwiadowcą?!
- By,by-ła mo, mo-ja ko, ko-lej, pamię-tasz?
-Jaka kolej?
Rex ożywił się i przestał się jąkać - W poniedziałek Peter, we wtorek Helmut, w środę Reaper, w czwartek Bob, w piątek Thug, w sobotę Robert, a w niedzielę ja..
-Dzisiaj niedziela??
-Yhy.
-Naprawdę?!
-No przecież mówię.
-Aa, to sorry, wiesz, hehe, myślałem, że dziś sobota, yy, ale jednak, ee, mogę cię o coś spytać?
-Zależy, o co?
-Po co nosisz tę opaskę na oku?
-Jaką opas.. aa, tę opaskę, o *urwa, dwa lata temu miałem problemy z oczami i aptekarz w New Reno polecił mi założyć opaske na jedno oko, a ja ją zapomniałem zdjąć. Dzięki, stary - w tym momencie Jednooki Rex zdjął opaskę i odtąd nazywał sie już po prostu Rex, ale niektórzy przezywali go niekiedy Dwuoki Rex.
Monick już chciała odejść, gdy nagle zatrzymała ją czyjaś dłoń.
-A co tu się dzieje? Czyżbyśmy podsłuchiwali rozmowę? Uu, nieładnie, a w dodatku panieneczka pobrudziła mi prześcieradło kałem, - Monick przypomniała sobie, jak gdy pilnowała brahminy, przewróciła się na kupie i wytarła w prześcieradło handlarza..- który teraz będziesz zlizywać, ty pier*olona suko!!
Monick wreszcie rozpoznała kupca, a był nim...

Moyżesh

Bob.
Monick w pierwszej chwili strach ścisnął za gardło, nie mogła wydusić z siebie ani słowa a tym bardziej zawołać kogoś by jej pomógł.
Wtedy instynktownie zrobiła to, co pomogło jej kiedy po raz pierwszy handlarz się do niej dobierał.
Machnęła nogą z całej siły.
Bob był szybszy, chwycił ją za kolano zanim dosięgło ono jego krocza i z impetem pchnął dziewczynę do tyłu tak, że ta starciła równowagę i runęłą na twardą, wyschniętą ziemię. Nie marnował ani chwili i przygniótł ją zaraz swoim cielskiem jednoczesnie dłonią zatykając jej usta. Szamotała się z całych sił ale nie miała szans.
- No *kochanie*, musisz jakoś zapłacić za szkody, które wyrządziłaś - usmiechnał się obleśnie, trzymając swoją głowę pół metra nad głową Monick i zachłystując się przerażeniem, które mógł odczytać w jej rozszerzonych źrenicach - starałem się być dla ciebie taki miły, a ty ? Najwyraźniej nie potrafisz tego docenić, chyba będę mu--
Grymas bólu na twarzy Boba był wszystkim co dziewczyna zobaczyła zanim ten runął obok niej. Monick obróciła głowę w bok i zobaczyła stojącego zaraz koło nich Patcha. Stary kupiec zamiast jak to zwykle czynił podpierać się laską, trzymał ją teraz pewnie w prawej dłoni gdzieś w połowie jej długości. Monick zrozumiała, że to tym narzędziem wyswobodził ją od natręta.
- Ty stary kutasie! - ryknął Bob z wielkim trudem wstając na nogi i trzymając się cały czas za prawy bok, w który najwyraźniej uderzył oręż Patcha - Auu - jęknął - Co ty sobie wyobrażasz? Ja i ta dziwka mamy do załatwienia prywatne porachunki, nie powinieneś się wtrącać!
- Ona nie jest twoja maskotką, należy do karawany, więc przysługują jej takie same prawa jak wszystkim - Patch mówił jak zwykle powoli i spokojnie ale można było wyczuć zdenerwowanie w jego głosie. Nie był wściekły, bardziej był wystraszony. Wiedział że w bezpośrednim starciu z większym i silniejszym od siebie Bobem nie miał szans.
- Przestań pieprzyć staruchu, zobaczymy jak poradzisz sobie z tą twoją laską teraz - Bob chwycił leżący na ziemi kamień i momentalnie doskoczył do przeciwnika.
Wziął zamach.
Szczęk zamka odbezpieczanej broni był tak nagły i niespodziewany w tej momentalnej ciszy, że wydawał się grzmieć echem po pobliskich skałach.
Monick spojrzała.
- Uspokój się - rzekł Helmut trzymając swój 14mm auto pistol przytknięty do nosa rozwścieczonego Boba - Patch ma rację. Dziewczyna jest teraz jendą z nas, i tak samo jak nie pasowałoby mi gdybys chciał wyjebać mnie czy Reapera, tak nie pasuje mi jak chcesz to zrobić z nią. Zrozumiałeś ?
Bob syczał i sapał, jego wściekłość powoli uchodziła z niego wraz z litrami potu.
- Pytam czy zrozumiałeś?
Bob uspokoił się. Zamiast agresji teraz na jego twarzy odmalował się złośliwy uśmiech.
- Heh, co ci zależy Helmut? Przecież to nie jest twoja siostra. Tamto było dawno temu, powinieneś już o tym zapomnieć.
Rysy twarzy helmuta zrobiły się nieprzyjemnie ostre.
- Zamknij sie.
- Helmut, bądź mężczyzną - tym razem zrezygnował z drwiącego tonu - Jesteśmy na szlaku od wielu dni, do najbliższego miasta jeszcze prawie tydzień drogi. Dziewczyna pracuje dla nas więc dlaczego nie miałaby przydać sie na coś więcej niż tylko do pilnowania wiecznie ospałych Brahminów, które bez porządnego kopa w tyłek nawet sie nie ruszą żeby wyjść z własnego gówna?
Helmut nic nie powiedział, jednak jego oczy już nie były tak zwężone i złowieszcze jak przed chwilą.
- Mówię ci, opamiętaj się - Bob powrócił do swojego zwykłego, szyderczo-złośliwego uśmiechu - Powinieneś już dawno zapomnieć o swojej siostrze, przecież to już stare dzieje. Szoł mast goł on.
- Bob - bardziej syknął niż powiedział Helmut - Uważaj, to ja tutaj dzierżę broń, Mam ochraniać twoje tłuste dupsko ale odstrzelę ci je jeżeli jeszcze cokolwiek wspomnisz na ten temat.

KoNiO-NT

Bob zerknął raz jeszcze w strone Helmuta, otworzył usta i... zamknął je spowrotem pod wpływem jego wzroku. Otrzepał sie z ziemi i mruczac coś pod nosem odszedl powoli trącając przy okazji Patcha. Monick trzęsąc się jeszcze po zajsciu także wstała z ziemi i się otrzepała z kurzu.
-Dziekuję ci - powiedziała w strone Patcha ale wzrok wciąż miała utkwiony w Helmucie. Wyraz jego oczu był tak wymowny, że pomyślała, iż może podziękuje mu za jego interwencje troszkę później. Helmut odwrócił sie i poszedł w stronę swojego namiotu. Dziewczyna odwróciła się w strone oddalającego się Patcha
Hej!! - zawołała - Poczekaj na mnie. Dobiegła do niego poprawiając przy okazji lekko nadszarpniętą bluzkę.
O co chodzi? - zapytała. Z czym? - odburknął Patch.
No wiesz .. z .. yy.. z siostrą Helmuta .. Czemu Helmut tak się wściekł? Wyglądało na to że jeszcze jedno słowo Boba i Helmut strzeli - wybąkała niepewnie Monick.
Eh, sam nie wiem - zamyślił się Patch - wiesz dziecko , ja cie kilku rzeczy nauczyłem ale nie wiem, czy powinienem opowiadać o czymś, czego Helmut by sobie nie życzył. Może z nim powinnaś na ten temat porozmawiać...
O co to to nie - zaperzyła się Monick - czy nie widziałeś jego oczu jak Bob o tym wspomniał?
A niech mnie - westchnął Patch - powiem ci, ku twojej przestrodze.
Otóż - zaczął Patch - Helmut miał kiedyś siostrę...
Miał? - weszła w zdanie Monick.
Poczekaj, dojdziemy do wszystkiego powoli - zirytował się Patch - Otóż miał siostrę. Jak wiesz Helmut pochodzi z New California Republic, a tam często zawijają karawany takie jak nasza. Siostra Helmuta prawdopodobnie tak jak ty miała duszę wędrowcy...Dlatego któregoś wieczoru wymknęła się z domu i dołączyła do jednej z takich karawan. Ech, że też w tym zasranym świecie wszystko musi kończyć się źle - westchnął - ...bo widzisz - kontynuował dalej Patch - słuch zaginął i po jego siostrze i po karawanie. Helmut wyruszył w podróż celem znalezienia siostry no i znalazł ją, a jakże... Szkoda tylko, że głowa leżała oddzielnie od reszty ciała a z karawany pozostały spalone wraki i kilka strzępów po ochronie. Ale żeby to było wszystko ... Otóż została przed śmiercią zgwałcona a wszelkie ślady wskazują na to, że gwałcicielami byli mutanci... Nie daj Bóg, czy ktokolwiek inny, bo tą ziemie Bóg chyba już opuścił, żeby w pobliżu naszej karawany znaleźli się jacyś mutanci...
O rany - westchnęła Monick - to teraz rozumiem, czemu tak zareagował ... wiem też teraz czemu Helmut nosi ten dziwny , i moim zdaniem obrzydliwy, naszyjnik z uszami mutantów... On się ciągle mści...
Ano - powiedział Patch - tylko zemsta mu została...Siostra była jedyną rodziną jaką miał...
Ale zakończmy już ten temat - Patch przyśpieszył kroku - chodź do mojego namiotu dziecko .. Mam dla ciebie niespodziankę.
Weszli do namiotu i Patch podzedł do skrzyni po czym wyciągnął z niej dosć długi pakunek owinięty w naoliwione szmaty.
Bo widzisz - powiedział - obserwuję cię od dłuższego czasu, i zwróciłem uwagę na to, że wypatrujesz pewne rzeczy z bardzo dużych odległości.
Monick roześmiała się - mama też zawsze się dziwiła - powiedziała rozbawiona - nasz miejscowy lekarz powiedział, że jest to efektem jakichś zmian w mojej soczewce wynikłych z promieniowania od beczek, które stały w miejscu w którym często się bawiłam z rówieśnikami.
Dlatego też - kontynuował Patch - postanowiłem podarować ci tą oto rzecz. Dbaj o niego, jest jedyną pamiątką po moim synu, który zginął walcząc jako snajper w "jedynej słusznej" organizacji jaką jest Bractwo Stali.
Mówiąc to wreczył jej pakunek. Monick z niecierpliwością rozwinęła szmaty i jej oczom ukazał sie piękny karabin z bardzo długą lufą i dziwnym symbolem wygrawerowanym na rączce.
Co oznacza ten symbol? - zapytała
To jest właśnie emblemat Bractwa - odpowiedział Patch - Nieliczni do niego należą a opuszcza je w zasadzie nikt...Chyba, że w trumnie, jak moj syn... Ale zginął chwalebnie, i wielu sukinsynów pozbawił oczu zanim sam zginął w zasadzce...
Dziekuję ci Patch - powiedziała Monick i dała mu krótkiego całusa w nieogolony policzek - przysięgam, że będe o niego dbała ze wszystkich moich sił i napewno kule z niego pozbawią nędznego żywota jeszcze wielu bydlaków - syknęła, wciąż mając przed oczami Raidersa z nożem w ręku i obleśnym uśmiechem na twarzy.
Pobiegła do swojego namiotu przytulając cenny podarunek. Usiadła na ziemi i zaczęła uważnie przyglądać sie karabinowi. W jednym miejscu pomiędzy kolbą a lufą zauważyła dwie wąskie szparki. Ciekawe do czego to służy - pomyślała.
I nagle olśnienie! Nerwowo zaczęła przerzucać w swoich rzeczach. Gdzie ja to mam - mruczała pod nosem. Jest! - ucieszyła się wyciągając z pakunkow podłużny przedmiot z dwoma nóżkami. Czarodziejskie oko - uśmiechnęła się - tak mówiła moja mama na to hmmm...coś. Przyłozyła do szparek w karabinie owe "coś". Pasowało jak ulał. Z tak zmontowaną strzelbą pobiegła spowrotem do Patcha.
Popatrz - zawołała - popatrz co mam.
Patch zerkął i wykrzyknął - wielkie nieba, luneta!!!
Że yyyy....co? - zapytała skonsternowana Monick
LUNETA - powiedział Patch - dzieki temu niewiele jest rzeczy które mogą uniknąć wzrokowi snajpera...
W połaczeniu z twoim wyostrzonym wzrokiem to bedzie niesamowite - uśmiechnął się - no no panienko, nareszcie bedziemy mieli kogoś kto pozbawi kilku sukinsynów życia zanim reszta bandy zdoła podbiec bliżej
Wiem już więc w jakim kierunku cię szkolić - stwierdził - nie ma na co czekać, chodźmy.
Dni upływały im na podróżowaniu w ciągu którego Patch z podziwem przyglądał się postępom które robila jego podopieczna. W niedługim czasie zdołała dostrzec i unieszkodliwić małe gryzonie z odległości kilometra. Pewnego dnia ćwicząc, jak zwykle zauważyła błysk w lunecie. Myślała że to przywidzenie, ale instynktownie schyliła sie i jeszcze raz nerwowo obiegła wzrokiem poprzez lunetę całą okolicę.
Wystarczył mały ruch... Mam cię - syknęła przez zęby. Ujrzała.......

Marks

...Raidersa leżącego w odległości około 650 m i trzymającego snajperkę skierowaną w stronę Monick. Promienie zachodzącego radioaktywnego słońca odbijały się od soczewki w jego lunecie, dlatego też Monick zobaczyła przed chwilą błysk w swojej snajperce. Monick nachyliła się bardziej i już ciągnęła za spust, już miała oddać strzał, gdy.. bandyta był szybszy. Na szczęście, nie wziął on poprawki na wiatr i kula trafiła nie centralnie w nos, a w lewe ucho Monick. Jęknęła ona żałośnie i padła na glebę.
- No, wreszcie się obudziłaś - dobiegł do niej znajomy głos. Rozszerzyła oczy, by z zamazanego obrazu wyłoniła się twarz.. Boba. - Jakiś bandyta postrzelił cię w ucho - powiedział. - Znalazłem ciebie przy wypasie brahminów i zaniosłem do tego namiotu. Zabandażowałem już twą ranę i sporządziłem to - podał on jej kubek z jakąś gorącą i ciekłą substancją w środku. Monick nie ufała Bobowi, odkąd ten próbował ją zgwałcić, toteż niechętnie wzięła od niego kubek.
- Co..to..jes..t..? - zapytała na wpół śpiąca Monick.
- Lekarstwo. Po wypiciu poczujesz się lepiej.
Monick miała już kubek w dłoniach, już dotykała wargami brzegu, już przechylała go do góry, gdy nagle do pokoju wpadł zziajany Patch, wyrwał Monick kubek z rąk i krzyknął:
- Nie pij tego! To pułapka! On chce cię otruć! - w tej chwili podniósł z ziemi przechadzającego się szczura, wlał mu do pyska substancję z kubka i położył go na ziemi, a kubek wyrzucił gdzieś za siebie. Tymczasem szczurowi najpierw z pyska zaczęła lecieć piana, potem jego sierść zmieniła kolor na żółty, a następnie przewrócił się on na bok i.. był martwy. Przerażona Monick wyskoczyła z łóżka jak oparzona. Patch znów zaczął mówić:
- Ten drań od początku zdradzał naszą karawanę! Dzisiaj jest czwartek i była jego kolej stania na warcie. Przezorny, poszedłem sprawdzić czy nasz "kolega" - syknął Patch - należycie wypełnia swe obowiązki, ale nikogo nie było na warcie. Zauwazyłem go 200 m na wschód, jak załatwiał jakieś "interesy" z Raidersami! Wymieniał naszą broń i ekwipunek na trucizny i medykamenty - dla siebie, jak sądzę - dodał. - To on naprowadzał tych bandytów na naszą karawanę, a dziś nawet ośmielił się zlecić jednemu z nich zabić ciebie, Monick - Patch zrobił efektowną przerwę i znów zwrócił się do Boba. - Za tę zdradę już nie należysz do karawany. Lepiej stąd spierniczaj zanim naprawdę się wnerwię i pan 44 zrobi swoje.
Wkurzony Bob krzyknął:
- Jeszcze mi za to zapłacisz, ty stary złamasie! - i uciekł z namiotu.
Monick puściła się pędem za nim, ale Patch ją zatrzymał i przemówił:
- Już noc i w mroku już nie go dogonimy. Lepiej się przygotujmy, bo wydaje mi się, że jutro będziemy tu mieć ostrą jatkę z Raidersami. - Monick go posłuchała i zaczęła przygotowania do walki.

TRASHER

Monick od rana obserwowała okolicę przygotowujac się do obrony. Leżąc na piasku myślała o zdrajcy. O tym, że mogła zginąć.
- Dobrze, że skończyło się tylko na ranie ucha.
Monick rozglądała się po horyzoncie. Nagle znieruchomiała. Dziewczyna ujrzała sporego brązowego stwora z rogami. Wielgaśne pazury rozszarpywały mięso martwego Brahmina. Niedaleko Monick zauważyła jeszcze kilka tych stworów. Komunikowały się między sobą. Dziewczyna już miała pociągnąć za spust, gdy nagle na pustkowiach dojrzała grupkę koszmarnych stworków. Dwugłowe, zdeformowane mutanty poruszające się na kilku kończynach przypominających ludzkie ręce i przypominające rośliny kreatury. Obydwie grupy bestii rzuciły się na siebie. Brązowe stwory atakowały z niezwykła szybkością tnąc przeciwników ostrymi jak brzytwa szponami. Oponenci rewanżowali się wściekłymi atakami macek i ugryzieniami. Monick obserwowała to niesamowite zdarzenie z przerażeniem. Mimo odległości dzielącej jej od bitwy ciarki przebiegły jej po plecach a na czole pojawiły się krople zimnego potu. Brązowe bestie wygrywały, chociaż chwiały się jakby będąc pod wpływem silnej toksyny. Ostatni potwór z drugiej grupy miotał wściekle macko-podobnym jęzorem. Uwagę Monick przyciągnął pojawiający się za kreaturą cień. Dziewczyna dzięki doskonałemu wzrokowi rozpoznała w nim sylwetkę człowieka. Bestia również wyczuła zbliżającą się postać. Odwróciła się gwałtownie i wystrzeliła jęzor przed siebie. Człowiek, który okazał się być dobrze zbudowanym mężczyzną, błyskawicznie uskoczył w bok i znalazł się za potworem. Długie ostrze błysnęło w promieniach słońca. Gwałtowne, zamaszyste cięcie przecięło cienki korpus kreatury. Zaskoczona bestia zwaliła się na ziemię w dwóch kawałkach. Serce Monick tłukło się w klatce piersiowej jak szalone. Przesunęła lunetę by przyjrzeć się twarzy mężczyzny. Wyregulowała ostrość i ujrzała maskę odsłaniającą jedynie prawe oko. Oko, które teraz zdawało się wpatrywać prosto w nią... Monick opuściła broń jakby porażona spojrzeniem obcego wojownika. Po chwili ciekawość wzięła górę nad strachem i dziewczyna raz jeszcze spojrzała prze lunetę. Mężczyzny już nie było. "A niech mnie..." - powiedziała do siebie. Zwiadowcy karawany dotarli na miejsce starcia dopiero po jakimś czasie. W promieniach słońca ścierwa powoli zaczynały się rozkładać wydzielając cuchnącą woń. "Centaury i Floatery miały małe spotkanie z Deathclawami" - oznajmił Mark. - "Dobrze, że zajęły się sobą nawzajem...". "Taa" - dodał Reaper - "Deathclawy zarżnęły przeciwników i padły położone ich zabójczym jadem".
Monick wahała się, czy opowiedzieć komuś o tajemniczym mężczyźnie. Kiedy nastał wieczór dziewczyna podeszła do ogniska, przy którym siedział Patch. "Widziałam dzisiaj coś... coś bardzo dziwnego..." - zaczęła nieśmiało. "Chodzi ci o tą zadymę na pustyni?" - zapytał starzec. "Tak. Można tak powiedzieć" - ciągnęła Monick - "Jedna z zabitych bestii... to dzieło rąk ludzkich". "Przestań bredzić, Monick" - odfuknął starzec - "Gdyby człowiek znalazł się w takim towarzystwie nie zdążyłby nawet krzyknąć, a jego flaki zabrudziłyby ładny hektar!". Dziewczyna zmarszczyła brwi - "Wiem, co widziałam... Jednooki mężczyzna przeciął tego potwora na pół! Pojawił się nagle, a potem po prostu zniknął!". Oczy Patcha rozszerzyły się - "Nie... to niemożliwe... po tylu latach" - jęczał jak w transie. "Znasz go?" - zapytała Monick - "Wiesz, jak się nazywa?". "Snake..." - wyszeptał starzec - "SNAKE EYE!!!". Patch odwrócił się nagle i pobiegł do swojego namiotu. Monick nie chciała już dłużej zawracać mu dziś głowy.
Rano drużyna zebrała się do drogi. Po kilki godzinach wędrówki Monick dostrzegła tabuny kurzu. "Ktoś się zbliża!!!" - krzyknęła do grupy. Karawana zatrzymała się. "Zaraz się dowiem, kim jesteście..." - powiedziała sama do siebie.

an-ge

Helmut nie czekał. Zachrypniętym głosem wykrzyczał rozkazy i po minucie wozy karawany ustawione były półkolem, osłaniając tym samym brahminy i ludzi. Przyczajeni za zaimprowizowaną barykadą, mężczyźni z ponurą determinacją ładowali broń.
-Nie spodziewałem się tak szybkiego odwetu - pomyślał Patch, spluwając pod nogi.
Wiedziony nagłym impulsem rozejrzał się za Monick.
-Gdzie, do jasnej cholery, ona się podziewa w takiej chwili?!!
Dziewczyna tymczasem leżała na piachu, ukryta za niewielkim wzniesieniem. Pośpiesznie czyściła kawałkiem koszuli szkiełko lunety. Oparła snajperkę o ramię i spojrzała przez wizjer.
Bez zaskoczenia spostrzegła Boba na czele Raidersów.
-Musi być cholernie pewny wygranej, skoro tak się wystawia -mruknęła, odpędzając pokusę wysłania go na tamten świat.
To mogłoby ich ostrzec.
Machinalnie zaczęła liczyć przeciwników. Gdy skończyła plecy miała mokre od potu, a żołądek zwinięty w supeł. Jednak ręce jej nie drżały gdy odesłała błękitnym tunelem pierwszego z napastników. Metodycznie uśmiercała kolejnych. Mężczyźni z karawany też nie próżnowali. Mimo to siła wroga była przeważająca. Po kilku minutach zaciekłej walki, bandyci zdołali przedrzeć się przez zasłonę z wozów.
Monick miała jednak większe zmartwienia na głowie. Wróg odkrył jej kryjówkę i teraz rozpoczął bezpośredni atak. Dziewczyna skupiła się na strzelających i w krótce ich szeregi znacznie się przerzedziły.
Serce podeszło jej do gardła gdy Raidersi z nożami i sledhamerami zbliżyli się na odległość 20 kroków. By choć o minutę przedłużyć swoje życie, dalej strzelała do tych z bronią palną, ignorując drugich.
I gdyby nie jeden człowiek, jej ignoracja byłaby fatalna w skutkach...

Moyżesh

Ciężki Super Sledgehammer uderzył w wyschniętą ziemię dziesięć centymetrów od jej głowy . Piasek, który się przy tym wzbił w powietrze zdążył jeszcze zasypać dziewczynie oczy zanim ta odtoczyła się w bok.
Przetarła ręką oczy i spojrzała.
Spojrzała na młot wbity w ziemię i na trzymające go, krwawiące dłonie.
Szybko podniosła wzrok by zobaczyć stojącego tuż ponad nią byłego właściciela dłoni, który teraz tępym wzrokiem wpatrywał się w krwawiące kikuty jakby miał nadzieję, że zaraz odrosną.
"Odsunać się", "Strzelić"- te i inne myśli przeleciały jej przez głowę, ale nie miała siły by posłuchać którejkolwiek z nich. Nie miała też siły na powstrzymanie nagłego odruchu wymiotnego.
Mimowolnie zamknęła oczy.
Usłyszała plusk.
Spojrzała.
Głowa "człowieka bez dłoni" tryskając posoką z mejsca gdzie jeszcze chwilę temu była jego szyja leżała w barwnej kałuży, którą utworzyły wymiociny Monick.
Dziewczyna skoczyła na nogi, zupełnie ignorując fakt, że staje się banalnym celem dla kul napastników. Adrenalina, która od początku walki płynęła w jej żyłach z dziką furią teraz wydawała się wprost rozsadzać dziewczynę od środka, jednocześnie przywracając jej zmysły i siłę do działania.
Odgłos ciężkiego oddychania dopiero teraz zwrócił jej uwagę.
To Mark oddychał w ten sposób stojąc nad zmasakrowanymi zwłokami raidersa i trzymając w dłoni swoją ciężką maczetę,teraz całą połyskującą karminem. Jego wzrok cały czas skupiony był na pozbawionym członków ciele, jakby w oczekiwaniu na jeszcze jakiś ruch a jego mięśnie, teraz jakby nienaturalnie wielkie, drgały pod ubraniem niczym stalowe liny po uderzeniu młota. Podniósł twarz i spojrzał na Monick jakimś niebezpiecznie mętnym wzrokiem, po czym uśmiechnął się głupawo jakby chcąc powiedzieć "Nie ma za co", ale nie mogąc tego inaczej wyrazić.
W tym momencie nieprecyzyjnie wymierzony strzał, który miał mu rozpłatać czaszkę zranił go poważnie w lewe ramię.
Ochroniarz ryknął niczym wielki Mole Rat i z szybkością pantery rzucił się na grupę Raidersów, z pomiędzy której padł strzał.
Cisza.
Zapadła głucha cisza.
Po chwili z ciszy zaczął się wyłaniać dźwięk.
Z początku cichy, potem powoli ale definitywnie przeradzający się w głośny krzyk.
Nie, nie krzyk. Wrzask.
"Kto? Kto tak wrzeszczy?" tłukło się w głowie dziewczyny. "Kto?".
Po chwili zrozumiała.
To ona.
Nie wiedziała dlaczego krzyczy, ale nie mogła tego powstrzymać. Chciała ale nie mogła.
Nagle czyjaś dłoń zakryła jej usta by zaraz z pomoca drugiej dłoni brutalnie rzucić ją na ziemię.
-Cicho, głupia. Chcesz zginąć ?
Peter, który leżał pomiędzy nią a niewielką skałą którą przed chwilą obrał za najlepszą kryjówkę dla Monick i siebie trzymał dziewczynę mocno. Lewą dłonią za ramię, prawą za usta.
Pomogło.
Przestała krzyczeć.
Uspokoiła się.
-Nie bój się, wszystko będzie dobrze - uspokajająco rzekł Peter klękając koło niej i wyciagając zza pasa Stimpack i kawałek bandaża - Opatrzymy cię potem, teraz trzeba tylko zadbać żebyś się nie wykrwawiła.
-co ? - słabo wydusiła z siebie Monick spoglądając w miejsce na swoim lewym udzie, gdzie teraz sięgał ochroniarz.
Rana wygladała poważnie. Kula z Hunting rifle najprawdopodobniej ciągle tkwiła w środku. Krew upływała strumieniem ale nie tryskała w miarowych odstępach czasu więc najprawdopodobniej tętnica nie była uszkodzona. Co najmniej taką nadzieję miał Peter.
-Peter!!!- głos Roberta przedarł się do nich pośród huków wystrzałów i krzyków rannych lub dobijanych - Daj Markowi trochę amunicji bo on długo z tą maczetą nie pociągnie!!! A mi się już kończą pociski!!!!
-Sam już mam niewiele!!! I nie mam jak mu dać bo przecież on jest w samym środku tego syfu!! zresztą w tym stanie to rozrąbał by mnie na pół gdybym do niego podszedł!!!
-On tam zaraz zginie do kur.. Aaaaaaaaghhhh!!!!!!!!
-Robert !!!?
-....
-Robert !!!!!
-....
-Kur@# jego mać - zaklął Peter, spojrzał na pobladłą dziewczynę - Leż tu spokojnie i nie......
Reszty Monick już nie słyszała. Zdążyła jeszcze tylko pomysleć, że nie powinna była opuszczać rodzinnej wioski.
Ciemność i cisza ogarnęły ją zupełnie.

DoPr

Monic obudziła się, ale świadomość wracała powoli. Otwarła oczy. Z początku myślała, że zginęła i znajduje wśród gwiazd, jednak gdy wzrok powoli przyzwyczajał się do światła ujrzała nie gwiazdy, a podziurawioną blachę. Z trudem usiadła na pryczy. Rozejrzała się. Znajdowała się w jakimś niewielkim, kwadratowym pokoiku, którego ściany były wyłożone dyktą i pofalowaną blachą. Koło jej pryczy stało krzesło i stolik. Na krześle wisiały jaj ubrania a na stoliku leżały jakieś dziwne przedmioty z przeźroczystymi rurkami i igłami. Obok stolika były drzwi, a koło nich stał karabinek snajperski, który Monic dostała od Patcha. To wszystko oświetlały silne promienie słoneczne, które wpadały do tego pomieszczenia bez okien, wąskimi promieniami żółtego świata, przedostającymi się przez liczne dziury w suficie.
Monic raz jeszcze rozglądnęła się po pomieszczeniu i wzrok jej zatrzymał się na karabinku. Jakieś przytłumione wspomnienia zaczęły się wdzierać do otumanionego przez leki umysłu... Dopiero teraz zadała sobie to pytanie: "Gdzie ja jestem?".

Marks

-Hej, jesteś tam?
Monick na dźwięk cudzego głosu aż podskoczyła, uderzając głową o sufit.
"Chyba tutaj mieszkają krasnoludki, że tak nisko ustawili sufit" - pomyślała z przekąsem Monick.
-Jest tam kto? - powtórzył głos.
Monick chciała odpowiedzieć, ale głos uwiąz jej w gardle. Poczuła, że jej język jest sztywny jak kołek.
I dopiero teraz zrozumiała, dlaczego.
Zrozumiała, że tak jest, ponieważ nie rozmawiała z nikim od tygodni, może nawet miesięcy.
Spostrzegła ruch w kącie izby.
-Potrafisz mówić? - powiedział głos.
Przy podłodze w ścianie znajdowała się mała dziurka, przez którą patrzyło na Monick brązowe oko.
Monick pytająco uniosła brwi.
-Wydłubałem tę dziurkę łyżką - odpowiedział głos. - Ach, nie możesz mówić, bo masz sztywny język? Nie martw się, za chwile przejdzie.
Rzeczywiście, po chwili Monick prowadziła już konwersację z tajemniczym nieznajomym.

TRASHER

Tymczasem w rozbita karawana powoli dochodziła do siebie po ostatnim ataku Raidersów. Przeżyło tylko kilku ludzi. W tym Patch, Peter i Mark. Wszyscy mocno pokiereszowani. Mark dopiero otrząsał się z szału bitewnego. Przerobił sporą grupkę bandytów na karmę dla psów. Dopiero teraz Patch zorientował się, że nigdzie nie ma Monick. Z pewnością nie było jej wśród zabitych, choć sprawdzenie kilkunastu ciał też zajęło sporo czasu. Peter postanowił sprawdzić pobliskie skały, szukając tropu Raidersów, którzy się wycofali. Szedł po krwawym szlaku usłanym pociętymi ciałami. Po chwili dołączył do niego Mark. Peter spojrzał z obrzydzeniem na martwego bandytę z wyprutymi flakami. Jelita świeciły się w promieniach słońca, zwłoki pokrywały skrzepy krwi.
- Wiesz co, Mark? Teraz to już trochę przesadziłeś...
- Co?
- Mam na myśli te ciała. Rozumiem, że broniłeś siebie i oczywiście nas, ale czasami obawiam się twojej maczety bardziej niż grupy Raidersów.
- Zgłupiałeś? Walczyłem w innym rejonie. Po zdobyciu broni tych fagasów prułem z pistoletu od czasu do czasu rozwalając komuś łeb młotem, jak się kończyły naboje. To nie moja robota...
- To czyja!? Świętego Mikołaja? Chyba nie powiesz mi, że się sami zajebali, nie?!
Do rozmawiających podszedł Patch.
- Spokojnie, panowie. Ważne, że żyjemy... A cokolwiek by się tu nie stało... przynajmniej mamy już jedno zagrożenie z głowy. Nie wiem, kto jest odpowiedzialny za tę masakrę, ale mamy teraz ważniejsze sprawy na głowie. Trzeba zająć się rannymi, odszukać Monick...
Dziwne stęknięcie przyciągnęło uwagę mężczyzn. Zza skały na chwiejących nogach wyszedł Bob... Trzymał się obiema rękami za krwawiące obficie gardło. Nie mógł mówić, tylko coś charczał... Mark instynktownie sięgał już po swoją maczetę, gdy nagle za rannym Bobem pojawiła się postawna postać. Bob wyciągnął rękę w kierunku Patcha, jak gdyby prosił go o pomoc. Stojącą za nim postać ryknęła coś w stylu "REI!" i błyszczące ostrze ukośnie przecięło korpus mężczyzny. Tajemnicza postać wyszła z cienia. Karawaniarzom ukazał się postawny, wysportowany mężczyzna. W prawym ręku trzymał zakrwawioną katanę, a na twarzy nosił maskę odsłaniającą tylko prawe oko. Oczy Patcha rozszerzyły się... Mężczyzna w podeszłym wieku zacisnął dłonie w pięści i rzucił się na wojownika wymyślając mu najbardziej, jak tylko potrafił. Jednooki błyskawicznie chwycił go za szyję lewą ręką i podniósł do góry bez większego wysiłku. Nie czekając na rozwój wypadków, towarzysze Patcha sięgnęli po broń. Mark krzyknął do napastnika:
- Puść go koleś bo pożałujesz!
Jednooki spojrzał na nich i grobowym głosem powiedział:
- Po tym, co to zobaczyliście, nadal uważacie, że możecie się ze mną równać?
Po czym nie czekając na odpowiedz puścił Patcha, który upadł na ziemię, i jednym susem znalazł się za plecami Petera, któremu przystawił ostrze katany do szyi.
- Teraz zamierzacie mnie wysłuchać?
Mark był nieźle wkurzony całą tą sytuacją, ale po krótkim zastanowieniu doszedł do wniosku, że już dawno byliby martwi, gdyby takie były zamiary jednookiego wojownika. Postanowił więc wysłuchać, co ma do powiedzenia:
- Mów...
W tym czasie Patch wstał z ziemi i powiedział:
- Możesz ich okłamywać ile chcesz, Snake Eye, ale ja i tak nie uwierzę mordercy... mojego syna.
Peter i Mark rozdziawili gęby ze zdziwienia. Każdy z nich już nie raz słyszał o synu Patcha, który służył jako snajper w Bractwie Stali. Nigdy jednak nie dowiedzieli się w jakich okolicznościach zginął... Snake Eye puścił Petera i powiedział do starca:
- I tu się mylisz... Twój syn był... moim przyjacielem...
Patch'owi zaszkliły się oczy:
- Zamknij się! Łżesz! To ty go zabiłeś! Jego dowódca wszystko mi opowiedział!
- Oszukał cię, tak jak i wielu innych. I mogę ci to udowodnić.
Snake Eye sięgnął do małej torby przymocowanej do jego paska i wyciągnął z niej starą zapalniczkę. Potem rzucił ją Patchowi i powiedział:
- Prezent, który dostał od ciebie na 14-te urodziny... W kilka dni po tym, jak zabrałeś go po raz pierwszy na polowanie...
Starzec przyglądał się zapalniczce. Odżyły wspomnienia.
- To było tak dawno temu...
- Twój syn opowiedział mi to i poprosił, bym w razie jego śmierci odnalazł cię i przekazał ci, że zginął walcząc ze zdrajcami bractwa.
- A-ale... jak to.
- Dawno temu jeden z generałów Bractwa o wybujałych ambicjach postanowił przejąć zwierzchnictwo nad całym Bractwem Stali. Zniszczył prawie wszystkich mogących zagrozić jego planom. W tym mój klan wojowników <<<więcej szczegółów w RADIATED ZIN #2 - dopisek autora>>>. Twój syn odkrył to i pomógł mi zniszczyć wiele zdeprawowanych jednostek Bractwa. Zginął podczas szturmu na jeden z bunkrów...
- Nie mogę w to uwierzyć... tyle lat żyłem w przeświadczeniu, że stoisz za śmiercią mojego syna... to za dużo jak dla człowieka w moim wieku.
- To już nie ma znaczenia. Powinieneś martwić się o bieżące problemy. Powinniśmy odnaleźć tą waszą "snajperkę"...
Do rozmowy wtrącił się Mark:
- Po pierwsze to ona ma na imię Monick, a po drugie... co rozumiesz przez "powinniśmy"?
- Chcę pomóc wam ją odnaleźć.
- Dlaczego? - zapytał Peter.
- Potrzebujemy jej zdolności. Grozi nam o wielkie niebezpieczeństwo.
- Jak wielkie? - zapytał Patch.
- Powiedzmy, że ta banda Raidersów to dopiero początek...

an-ge

-Niewygodnie tak rozmawiać, co?
Monick kiwnęła w odpowiedzi głową i odciążyła na chwilę prawy łokieć na którym się opierała.
-Hmm, doktorek przyjdzie prawdopodobnie dopiero za godzinę...Chwileczkę.
Dziewczyna jeszcze raz pomyślała o tajemniczym doktorze, który ją opatrzył. Z trudnością przypominała sobie dotyk pomarszonych dłoni na ciele i ostre ukłucia na przedramionach.
Metalowy zgrzyt, ciche szuranie i wkrótce ujrzała właściciela brązowego oka. Ze zdziwieniem spostrzegła, że chłopak jest młodszy od niej o kilka lat.
Szybko podciągnęła zawszony koc pod brodę.
Niska postać z gracją usiadła po turecku na brudnej podłodze. Szeroki uśmiech pojawił się na szczupłej twarzy.
Przez kilka sekund wpatrywała się w niego w zdumieniu.
-Przecież mówiłeś, że jesteś więźniem...
Jego uśmiech stał się odrobinę szerszy.
-Mówiłem także, że jestem Mistrzem złodziei -odparł głosem chwalipięty.
-I siedzisz w takiej norze, pozwalając na to by jakiś stary pierdoła trzymał cię w celi, zamiast wydawać rozkazy w podziemnej Gildi?
Chłopak puścił mimo uszu szyderczy ton Monick i z zapałem potaknął głową.
Snajperka wzniosła oczy ku sufitowi.
-Popatrz na to pozytywnie...
-Jasne.
-...nie muszę sprawdzać czy w żarciu nie ma trucizny...
-Suchy chleb, zamiast nadziewanych Iguan.
-...spać mogę spokojnie...
-Na gołej ziemi, zamiast jedwabnych poduszkach.
-...no i mam rozrywkę w postaci piszczących pacjentów doktorka. -zakończył entuzjastycznie.
-Istny raj -mruknęła z przekąsem.
Wzruszył ramionami.
-Gdybym umiał posługiwać się bronią -wskazał na jej karabinek - to może byłbym żądny przygód. Sama zdolność kamuflażu nie pomoże w krytycznej sytuacji.
-Ile tu już jestem? -zmieniła temat.
-Hmm, pomyślmy...-chłopak teatralnie pomasował brodę -Około 8 dni.
-Coooo?!!
-Za dużo czy za mało? -zapytał niewinnie.
-Czuję się jakbym przyrosła do tej pryczy...
-To efekt uboczny zbyt wielu dragów. Przejdzie. Ważne, że doktorek dziurę załatał -machnął ręką.
Monick odruchowo dotknęła szramy na udzie.
-Karawana...-przeszło jej przez myśl.
Nagle chłopak spoważniał i zastrzygł uszami jak królik. Płynnym ruchem wstał i bezszelesnie zbliżył się do drzwi.
Monick w najwyższym zdumieniu obserwowała poczynania młodego złodzieja. Nadstawiła uszu, ale nic nie usłyszała, a raczej nic nadzwyczajnego nie usłyszała. Zdążyła przywyknąć do miejskiego gwaru, do głośnych bluzg, odgłosów rzygania, od czasu do czasu trzasku łamanych przedmiotów i jęków narkomanów. Chłopak jednakże całym ciałem wyrażał czujność. Po nieznośnie długich 5 sekundach oderwał się od drzwi i błyskawicznie dopadł sfatygowanej blachy imitującej ścianę. Z wysiłkiem odsunął ją o kilkanaście centymetrów i znikł w tak powstałej szparze. Blacha z cichym zgrzytem powróciła na miejsce w chwili gdy rozległ się brzęk kluczy.
-Jak ci na imię? -wyszeptała szybko do małego otworu przy podłodze.
-Alibaba.
-Alibaba???
Odpowiedział jej pogodny śmiech tamtego.
-Rodzice mieli dziwne poczucie humoru!
W otwartych drzwiach pojawił się karzeł w upapranym fartuchu.

DoPr

- O! Widzę, że nasza "piękna" już się obudziła. - dość nieprzyjemnie rozpoczął rozmowę ten niewysoki człowieczek o bystrych oczach - Najwyższy czas! Mało kto ma tutaj takie przywileje, by za darmo wylegiwać się w jednym z osobistych pokoi doktora Loo.
Dziewczyna tego wcześniej nie zauważyła, ale ten doktor, którego prędzej posądzała by o wykonywanie zawodu rzeźnika, rzeczywiście miał dość niezwykłe rysy twarzy. Szczególnie oczu, które były mocno zwężone w kącikach. Fioletowawe ich podkrążenie z początku uniewidoczniło ten niezwykły dla Monic widok.
Dziewczyna przyglądała się owemu gościowi, a zniecierpliwiony Loo, nie mogąc doczekać się żadnej odpowiedzi, postanowił kontynuować swój monolog.
- Gdy osiem dni temu, po całym dniu ciężkiej harówki wróciłem do domu by wreszcie odpocząć w wygodnym łóżku, znalazłem w nim ciebie! Chciałem cię natychmiast wyrzucić - nie będzie mi byle włóczęga właził do domu. Kiedyś takiego przyłapałem. Śpię sobie, aż tu nagle budzi mnie jakiś brzdęk. Ciemno było więc zaświeciłem lampę i zobaczyłem jak jakiś lump wyłożył się wygodnie w kącie. Śmieszny był. Miał taką żółtą trzynastkę na plecach, a uciekał że aż się za nim kurzyło. Potem mi się go trochę żal zrobiło, że taki młokos to na pustyni na pewno zaraz zginie, ale było już za późno... - Zamyślił się, ale zaraz powrócił do rozmowy. - Ale wróćmy do ciebie. Chciałem cię wyrzucić tak jak tamtego smarka, ale gdy zobaczyłem tą paskudną ranę na udzie, litość mnie trochę wzięła. Szkoda takiej "pięknej"...
- Nazywam się Monic, a nie "piękna"! - można było wyczuć trochę irytacji w głosie dziewczyny. Doktora to wyraźnie ucieszyło i nie zwracając większej uwagi na to, że mu przerwano, kontynuował historię.
- Szkoda mi było zaraz tak wyganiać naszą Monic. - Wyraźnie wypowiedział jej imię trochę dla dowcipu, a trochę dla zapamiętania tego imienia. - Postanowiłem, że wyleczę cię i gdy już będziesz wystarczająco silna by uderzyć głową o sufit mojego mieszkanka, wtedy spytam się kim jesteś i jakim cudem tu weszłaś.
Dziewczyna wyraźnie nie wiedziała co powiedzieć, gdyż nie miała pojęcia jak się tu dostała, ani gdzie jest. Trochę zdezorientowana, zadała pytanie o którym pomyślała zaraz po przebudzeniu.
- Gdzie ja jestem?
- Jak to gdzie? W Rolling City u doktora Loo. - Odpowiedział trochę zaskoczony tym pytaniem karzeł. - Ty mi lepiej powiedz kim jesteś, bo inaczej wezwę szeryfa Westwooda. Mocno się dla ciebie tutaj narażam, gdyż on nie lubi jak mieszkańcy mają przed nim jakieś tajemnice. Znajdziesz jakąś grudkę złota na pustkowiu, to zaraz musisz ją oddać na rzecz miasta. Inaczej masz do czynienia z jego podwładnymi. Szeryf nam mówi, że te wszystkie pieniądze idą na obronę przed Raidersami, ale ja mu nie wierzę... Ale dosyć tego. Ja już za dużo tutaj powiedziałem, teraz twoja kolej.
Monic nic nie wiedziała o tym jak dostała się do tego miasta, którego słyszała tylko odgłosy. Podejrzewała o to Alibabę, ale postanowiła o nim nie mówić, do czasu gdy nie przekona się kim jest ów szeryf. Prawdopodobnie właśnie u niego przebywa ten chłopak. Nie chciała go narażać na niepotrzebna nieprzyjemności w razie jakby ten doktor postanowił donieść na nią... choć mimo jego szorstkiego zachowania, wydawał się całkiem uczciwym człowiekiem, ale lepiej nie kusić losu.
Monic opowiedział doktorowi skąd pochodzi i jak straciła przytomność podczas koszmarnej walki z bandytami. Loo słuchał uważnie. Nie przerywał dziewczynie. Wielu opowieści doktor wysłuchał w swoim życiu, ale szczerość z jaką opowiadała Monic, sprawiła, że doktor zmienił o niej zdanie. Już nie była dla niego jakimś tam włóczęgą.
- Widzę, że niesłusznie posądzałem Cię o włóczęgę. Twoja historia jest tak niezwykła, a jednocześnie tak prawdziwa, że słusznie wybrałem by nie mówić o tobie nikomu. - Głos Loo już nie był tak wyzywający jak poprzednio. - Możesz zostać u mnie, aż całkiem nabierzesz sił. Postaram się by nikt, a w szczególności szeryf, nie dowiedział się o tobie... - Tu doktor zamyślił się. Wydawało się, jakby sobie przypomniał coś bardzo ważnego. - Czy możesz jeszcze raz przypomnieć mi imiona członków karawany?
- Hymmm... Nie znałam wszystkich, bo nie wszystkim się podobało, że z nimi podróżuję, ale pamiętam Petera, Marka, Patcha, Boba... - Tu na chwilę zawiesiła głos. Widać było strach na jej twarzy, ale opanowała się i zaczęła dalej wymieniać. - ...Helmuta, Boomera, Thuga, Roberta... Był jeszcze Rex i Reaper...
- Tak!!! - Przerwał jej doktor. - W mojej klinice leży niejaki Reaper. Trafił tu mocno pokiereszowany z jakąś karawaną. Niewiele mówił... Właściwie to nic nie mówił, ale jego koledzy powiedzieli, że właśnie nazywa się REAPER.
- To na pewno on! Reaper jest małomówny! - Ucieszyła się dziewczyna z faktu, że ludzie, do których tak się przywiązała podczas tej krótkiej wędrówki, są gdzieś w pobliżu.
- Zaraz pójdę ich znaleźć. - Powiedział Loo. - Ty tymczasem ubierz się i zjedz coś w kuchni. W lodówce powinnaś znaleźć trochę mięsa geckona, które udało mi się dziś przemycić. Aha! Musisz jeszcze pozbyć się nadmiaru promieniowania z organizmu. Przez to krwawienie mocno zostałaś napromieniowana. Nie wiem gdzie byłaś, że tak cię napromieniowało, ale jeszcze przez kilka dni musisz nosić ten RadAway. Powieś go sobie na szyi, a igłę wbij w żyłę.
Doktor już miał wychodzić, gdy Monic kategorycznie stwierdziła:
- Jeszcze nigdy nie wbijałam igieł w żyłę. Tylko raz widziałam jak używa się StimPacka.
- Przepraszam. - Odpowiedział trochę zmieszany doktor. - Zaraz nauczę cię korzystać z tego lekarstwa. Niewątpliwie jest to pewna nowość. - Doktor wziął dziwny, przeźroczysty woreczek z jakimś płynem w środku. - Widzisz dziecko, ja zawsze preferowałem medycynę opartą na lakach, które sam przygotowuję. - Loo powiesił RadAway na szyi dziewczyny i zaczął, bardzo demonstracyjnie, szukać żyły na chudziutkim przedramieniu Monic. W między czasie opowiadał dalej. - Niestety na te paskudne promieniowanie nie znam jeszcze jakiegoś naturalnego lekarstwa. Poszukuję go już od wielu laty, ale na ogół jak już coś wymyślę to udaje mi się tylko zwalczyć objawy, ale nigdy nie udało mi się kogoś całkiem wyleczyć...
- Auł! - Krzyknęła dziewczyna bardziej z przestrachu niż z bólu, którego prawie w ogóle nie poczuła gdy Loo wbijał się w żyłę. Doktor teraz zabierał się do zademonstrowania, jak przymocować igłę by nie wypadła. Oczywiście cały czas opowiadając.
- Jedynie ten przedwojenny RadAway potrafi całkowicie wyleczyć. Próbowałem zbadać jego konsystencję, ale w tych warunkach nie da się pracować. No ale dosyć nauki. Teraz już wiesz jak używać tej kroplówki. Jak się skończy możesz ją wyrzucić. Zrób jak powiedziałem wcześniej. Ubierz się i coś zjedz bo jak wrócę, możliwe że zaraz będziesz musiała wyjść.
Doktor już prawie wyszedł, ale znowu sobie coś przypomniał.
- W kuchni, za lodówką jest pudełko, a w nim twoje naboje i trochę moich oszczędności. Weź wszystko, na pewno ci się przyda. - Loo wyszedł.

Marks

- Zapamiętałeś rozkazy?
Osobą, która zadała pytanie, był człowiek w udoskonalonym pancerzu wspomaganym bez hełmu. Z korpusu wystawała okrągła głowa z włosami obciętymi "na rekruta" i rybymi oczami.
- Tak, panie Marks.
- Więc je powtórz.
- Podać Monick truciznę..
- Czy wiesz, co to za trucizna? - przerwał mu w pół zdania.
- Nie za bardzo, panie Marks.
- Pozwół, że ci wytłumaczę. Jej działanie polega na tym, że zasklepia wybraną żyłę w organiźmie i powoduje..
- Już sobie przypomniałem, panie Marks.
- To dobrze. A teraz zapamiętaj, bo nie będę powtarzał. Gdy podasz truciznę Monick, płyn z RadAwaya przestanie płynąć. Monick zawoła doktorka Loo. Ten stwierdzi, że rurka się zapchała i pójdzie ją wymienić. W tym czasie ty musisz uśpić ją za pomocą tego.
"Rybie oczy" wyciągnął na stół małą buteleczkę z niebieskim płynem i kawałem szmatki. Druga z postaci pytająco uniosła brwi.
- To przedwojenny chlorofil - odpowiedział "Rybie oczy". - Ale to nieistotne. Najważniejsze, aby Monick została uśpiona, a doktorek niczego się nie dowiedział. Jak już ci wcześniej mówiłem, członkowie złapanej karawany jadą do Stajen na testowanie nowego narkotyku. Jak on się nazywał..? Set..? Cat..?
- Jet - odpowiedział drugi.
- Właśnie, Jet. Poza tym, tutejszy szeryf Marcus Westwood dostał awans i został szeryfem w Broken Hills, a ja zająłem jego posadę w tym mieście. Specjalnie zmieniłem nazwisko na Eastwood, żeby było podobne do Westwood. Na szczęście imienia zmieniać nie musiałem, bo brzmi prawie identycznie. Więc interesy będą teraz prosperować jeszcze lepiej. Co tak stoisz? Zabieraj chlorofil i biegiem do Monick!
Druga postać jednym ruchem wzięła buteleczkę i szmatkę ze stołu, popatrzyła chwilę w rybie oczy drugiego.
- Jedno mnie tylko ciekawi. Co z pozostałą częścią karawany? - zapytała po chwili milczenia.
- Pozostałymi na placu boju zajmie się Snake Eye, a u Loo mam innych ludzi. Wydaje ci się, że zatrudniam tylko ciebie? Co?!
- Ależ skąd, tak tylko pytałem, żeby się upewnić.
- To teraz jazda do Akiry i An Ge Loo!
- Tak jest!
Druga postać wstała z krzesła i szybkimi krokami skierowała się do drzwi, ale gdy dotknęła klamki, zatrzymał ją głos nowego szeryfa.
- Tak na marginesie, to jako kto się jej przedstawiłeś?
Drugi osobnik uśmiechnął się tajemniczo.
- Jako...Alibaba.
Nowy szeryf parsknął.
- Nie wiem skąd to wytrzasnąłeś, ale brzmi iście kretyńsko.
- Wiem - Alibaba uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Marks sięgnął ręką kubka stojącego na stole i go rozkruszył w palcach. Czarny płyn spłynął po metalowej płycie pancerza.
- Cholera, znów za mocno ścisnąłem. Przy okazji, kup mi nowy kubek do kawy.
Alibaba kiwnął głową i bez słowa wyszedł z ciemnego pomieszczenia.

an-ge

Pani Loo zmrużyła gniewnie oczy.
-Przestań! Natychmiast przestań!- rozkazała sobie szeptem, wciąż wpatrując się w prawie nagą dziewczynę.
Znajomy ogień palił jej ciało. Ogień, którego nie potrafił wykrzesać jej mąż nawet wyszukanymi pieszczotami.
-To już tak dawno...- jęknęła cicho, lecz natychmiast przywołała się do porządku.
-Jeszcze tylko dwa razy... Dwa zlecenia Marksa i jesteśmy kwita. Dwa zabójstwa i będę mogła żyć spokojnie.- powtarzała sobie w duchu, patrząc przez jedną z dziur w "ścianie"
-Jeszcze trzy morderstwa - dopisała pana Loo do listy - i będę wolna i bogata...
Dziewczyna przez chwilę mocowała się z bluzką. Jej małe, jędrne piersi zafalowały kusząco. An Ge Loo zacisnęła zęby.
Odsunęła się od blachy i przygładziła materiał bluzki.
-Niedługo moje męczarnie dobiegną końca...-pomyślała, próbując się rozluźnić -A wtedy, drogi "szeryfie", będziesz musiał uważać na swoją "małą trucicielkę".
Uśmiechnęła się jadowicie, ukazując ostre bielutkie ząbki.
Mimo wszystko wiedziała, że w życiu nie odważy się działać przeciwko Marksowi.
Ten strach był silniejszy od wszystkich innych emocji. Więził równie skutecznie co zwój liny.
Jednak miło było żyć nadzieją... że kogoś tak potężnego może szlag trafić.

Monick właśnie kończyła się ubierać, gdy do pokoju weszła niska, czarnowłosa kobieta.
-Czyżby nasza pacjentka zamierzała nas opuścić? -zapytała melodyjnym głosem, ciepło się przy tym uśmiechając.
Monick ze zdziwieniem stwierdziła, że także się uśmiecha.

Puck

Tymczasem Peter rozglądał się czy nie widać
Monick. Po chwili wrócił do Snake Eye'a
zdyszany - Wracają RAIDERSI wracają niedobitki tamtych poszły po posiłki-
powiedział Peter - O k*^%@- jęknął Snake
- Przygotujmy sie do obrony- Wszyscy ustawili wozy karawany tak jak wcześniej
i zajeli pozycje. Kiedy raidersi byli prawie w zasięgu ostrzału ochroniarze karawany usłyszeli ryk silnika i wtedy między karawane a Raidersów wjechał Highwayman.
Patch pomyślał, że mają przejebane kiedy ze zdziwieniem spostrzegł, że z samochodu oprucz
gościa w APAMKII wylazł ktoś w Hardened PA zemblematami Bractwa Stali.
- Nie strzelajcie do gości w PA ! krzyknął Patch. I dobrze zrobił gdyż gość w APAMKII
wyciągnął Bozara a ten w HPA Avenger Miniguna i zaczeli pruć do Raidersów.

Prometeo

Po chwili z Highwaymena wyskoczyl facet z koscia w nosie, ubrany w Brotherhood Armor, a w dloniach trzymajacy Super SledgeHammera,a za nim wygramolil sie czlowiek w APA, trzymajacy pistolet .223 i poruszajacy sie z gracja stworzenia, ktore kiedys Patch widzial w ksiazce, zanlezionej przez jego syna na jakiejs misji, a ktore nazywalo sie "hipopotam". Mezczyzna z koscia i Super SledgeHammerem pobiegl w strone Raidersow, a "hipcio" zaczal oddawac w ich strone strzaly z czestotliwoscia 3/min. O dziwo, ani razu nie pudlujac. Zaloga karawany takze rozpoczela metodyczne niszczenie Raidersow, ktorzy gineli jak muchy. Po kilkunastu minutach zacieklej walki ktorys z Raidersow z grymasem przerazenia na twarzy wzkazal w strone z ktorej nadjechali wybawcy karawany i rzucil sie do ucieczki. Bowiem z tamtej strony z szybkoscia pocisku nadbiegal olbrzymi, poorany bliznami DeathClaw. Na sloncu blyszczala jego skora, noszaca slady opalenia ogniem i sloncem. Snake Eye rzucil sie w jego strone, ale powstrzymalo go skuteczne podciecie nog przez faceta z koscia w nosie. Natomiast DeathClaw nawet nie zwrocil na nich uwagi biegnac za Raidersami. Po paru sekundach zaden z nich nie byl podobny do czlowieka, przypominali raczej jedna wielka kupe miecha piekacego sie na sloncu. Mezczyzna w APAMKII podeszedl do karawany z pytaniem :
-Kim jestescie i czy macie cos do picia ?
Odpowiedzialo mu milczenie.
-No coz, - kontynuowal Facet w APAMKII - skoro wy milczycie, to ja sie pierwszy przedstawie. Na imie mam Ray, wiec tak sie do mnie zwracajcie. Moj kolega w Hardened Power Armor nazywa sie Cassidy, a to jest Sulik...
-Nam i mnie milo poznac was. - przerwal mu koles z koscia.
- ...A Vic jest naszym mechanikiem - niezrazony dokonczyl Ray - wiec nas juz znacie. Jak natomiast do was mamy sie zwracac ?
-Sluchaj a ten DeathClaw to kim do licha jest?! - ostro zapytal Snake Eye.
-Aa, to jest Gorris - rzekl Ray, uprzednio zdjalszy helm. Widac bylo jego kruczoczarne wlosy, ktore kontrastowaly z jego biala cera. - spotkalem go podczas pobytu w Krypcie 13. On jeden przetrwal rzez urzadzona tam przez Enklawe, ktora srogo zaplacila za te i inne zbrodnie...
-Peter?! - przerwal mu Vic - Peter, pamietasz mnie jeszcze? - zwrocil sie do Petera, a gdy zobaczyl wyraz niezrozumienia na jego twarzy zdjal helm od APA - pamietasz nosiles mi kanapki do Gildii Slaverow, kiedy ten ciolek Metzger mnie zamknal. A teraz gryzie ziemie.
-Aha no tak - burknal Peter, widzac jego lysa glowe i pulchna twarz - a moze bys mi wyjasnil, dlaczego Metzger skonczyl z wegetarianizmem?
-Bo my i ja go zabic za kradziez naszej i mojej siostry. - dosc zadowolony rzekl Sulik.
-A dlaczego to Peter masz taka smutna mine - zapytal Vic.
-Bo jebane Raidersy nas atakuja, w karawanie byl zdrajca, wiekszosc karawany nie zyje, a nasza "snajperka", jak to ja nazwal Snake Eye, gdzies sie nam zgubila, a swoja droga trzymaj nosa we wlasnych sprawach! - burknal Helmut.
-Helmut, no co ty, tak sie do wybawcow naszych zwracasz? - smutno powiedzial Patch - a tego moze byscie nam troche pomogli w jej poszukiwaniu? - po chwili chytrze spytal.
- No coz, jako ze sam nie lubie Raidersow - rzekl Ray - nasza odpowiedz brzmi...

Moyżesh

Ray spauzował a jego czoło zmarszczyło się niejednoznacznie wskazując na usilną pracę szarych komórek.
Zapanowała cisza.
Cisza.
Cisza.
- Hej - napięcie umysłowe ciemnowłosego zostało brutalnie zachwiane przez głos już wyraźnie zniecierpliwionego Helmuta - no to jak brzmi ta odpowiedź ?
- Hmmm... Pomogę wam - rzekł wreszcie Ray - ale...
- Ale ? - zniecierpliwienie Helmuta powoli przeradzało się w irytację.
- ...ale za odpowiednią cenę.
Cisza.
Mark wpierw popatrzył w stronę leżących o 200 metrów od nich szczątków wozów, których pogięta i podziurawiona blacha mieniła się teraz pięknymi barwami karminowego słońca a następnie spojrzał na swoich towarzyszy. Na brudne szmaty, których użyli jako prowizorycznych bandaży, na wynędzniałe i zmęczone twarze i na rozszerzone źrenice wlepione w stojącego przed nimi w iście rycerskiej pozie Ray'a.
- Cenę ? - Patch powtórzył głucho jakby chcąc zaakcentować, że obojętnie jaka cena będzie dla nich za wysoka. Mieli jedynie tyle pieniędzy co zostało im w kieszeniach a to co im zostało z ekwipunku i broni nie stanowiło nawet minimum sprzętu potrzebnego by przeżyć na pustyni.
- Taaak, cenę. Powiedzmy... - zmarszczone czoło znowu nadało inteligentniejszy wyraz twarzy nowoprzybyłego - hmm... 2000 $ - wyrzucił wreszcie z siebie z szerokim uśmiechem, wyraźnie sugerującym, że właściciel uśmiechu nadal ma pewne problemy ze zrozumieniem w jak kiepskim położeniu finansowym znajdują się jego rozmówcy.
- Przecież nie mamy takiej ilości pieniędzy - wydusił z siebie Patch.
- Eeeee, to nie zawracajcie mi głowy.
Helmut poczerwieniał. Miał ochotę wyprasować gębę bruneta rękojeścią od swojego pistoletu, jednak widok otaczających Ray'a szeroko braczystych inteligentów zapakowanych w pokaźne zbroje i taszczących sprzęt, którego pozazdrościłaby artleria, zdecydowanie przemówił mu do rozsądku.
- Chociaż... - ciemnowłosy wziął do ręki urządzenie, które Patch zaklasyfikowałby jako Pipboy gdyby nie wystające gdzieniegdzie przewody, pęknięta obudowa i powyrywane przyciski, które skutecznie uniemożliwiłyby pracę na jakimkolwiek Pipboy'u.
Urządzenie zarzęziło coś zupełnie jakby na powitanie a Ray zaczął wciskać pozostałe na swoich miejscach klawisze. Pikanie przycisków w połączeniu z rzężeniem i buczeniem, które co jakiś czas dobywały się z maszynki utworzyły melodyjkę, która wyrażnie szkodziła układom nerwowym wszystkich osób w najbliższym sąsiedztwie urządzenia. Patch pojął, że to jednak był Pipboy.
Wśród tego jazgotu cały czas słychać było głos operatora Pipboy'a , który sam do siebie gadał "a może by dla Karmy ?", "chociaż i tak mam wysoką", "a jeszcze tyle questów mam nie skończonych", "i za niedługo koniec amunicji", "a może ich zabić i wziąść ich amunicję?","hmmm".
Wreszcie hałas ucichł.
- Trudno, nie kalkuluje mi się pomaganie wam. Mam o wiele ważniejsze sprawy na głowie. Zresztą pewnie mało doświadczenia by za was było.
- Doświadczenia ?? - Mark i Helmut zapytali siebie nawzajem bowiem ich wybawiciel już oddalał się do Highwaymana.
Po chwili drużyna zapuszkowanych zabijaków brzęcząc uzbrojeniem i pancerzami władowała się do pojazdu wyraźnie naginając jego zawieszenie do granic wytrzymałości.
- W każdym razie powodzenia! - krzyknął jeszcze z fotela kierowcy Ray do stojących w osłupieniu pozostałych przy życiu członków karawany. Jak was kiedyś spotkam może wam pomogę!

DoPr

- Jakiś dziwny był ten Ray. - Powiedział Patch. - Wiele o nim słyszałem, ale spodziewałem się po nim czegoś innego.
- Musiał się czegoś naćpać. - Odpowiedział Mark. - O czym on mówił?? O "doświadczeniu"?
- I o jakiejś "karmie". - Dodał Helmut. - Mnie się wydaję, że jest wyznawcą jakiejś religii... Może jest jednym z tych Hubologów, którzy wędrują od miasta do miasta i namawiają do przyłączenia się do nich.
- No ale on nas nie namawiał, więc to chyba musi być coś innego... - odezwał się Peter.
- Nie ważne o co mu chodziło. - Przerwał Peterowi SnakeEye - Nie mamy czasu na pogawędki. Raidersi mogą jeszcze raz napaść, a wtedy będzie po nas. Drugi raz nie będziemy mieli takiego szczęścia jak przed chwilą.
- Racja. - Zdecydowanie odpowiedział Mark. - Czym prędzej zbierzmy resztki z naszej karawany. Wszystko co da się sprzedać. Niewiele będzie z tego pieniędzy, ale w naszej sytuacji nawet grosze się przydadzą. Patch - tamten spojrzał uważnie na Marka - przeszukaj ciała Raidersów. Pewnie nic nie znajdziesz, bo koledzy tego Raya wszystko pozabierali, ale może jednak coś przeoczyli. Peter przeszukaj ciała naszych, a ja z Helmutem przeszukam resztki wozów.
- Ja będę obserwował horyzont. - Dodał SnakeEye.
- Może być, ktoś w końcu musi nas ostrzec w razie ataku. - Skwitował Mark.
Wszyscy się rozeszli po polu bitwy. SnakeEye ruszył na wzgórze, z którego strzelała Monic - tam był najlepszy widok okolicy. Patch zaczął przeszukiwać ciała Raidersów. Przechodził od jednego ciała do następnego, za każdym razem odchodził z pustymi rękoma. Podobnie Peter gdyż okazało się, że gdy członkowie wyprawy rozmawiali z Rayem, niespostrzeżenie zostały ograbione też ciała nieżyjących już członków wyprawy. Mark i Helmut próbowali coś znaleźć w wozach, ale większość rzeczy się spaliła, lub została doszczętnie zniszczona przez kule z karabinów, a jedyne co im się udało zrobić to naprawić jeden z wozów w nadziei, że Peter i Patch coś znajdą. Gdy tak kończyli dokręcać ostatnie śrubki, zauważyli biegnącego do nich i drącego się na cały głos Petera.
- Reaper żyje!!!
- Jak to??? - Z niedowierzaniem odpowiedział Mark.
- Wydawało nam się, że nie żyje, a on tylko był ogłuszony. Gdy przeszukiwałem jego ciało zobaczyłem, że lekko porusza się jego klatka piersiowa. Dostał czymś mocno w głowę, trochę krwawi ale żyje. Musimy go zabrać do lekarza!
- Ale jak? - Odparł Helmut.
- A chodź by w tym wozie, który naprawiliście. - Odpowiedział Patch, który z racji swojego wieku dopiero teraz doszedł do pozostałych. - Z daleka słyszałem waszą rozmowę. Może mam swoje lata, ale słuch mam niczego sobie. - Uśmiechnął się. - Jak widać nic nie znaleźliśmy więc miejsca w wozie będzie dostatek. Załadujemy tan Reapera i zaciągniemy wóz do najbliższej osady.
- Ale jak. Przecież na naszej mapie nie ma żadnej osady w pobliżu. - Odpowiedział Mark.
- Tylko, że my mamy mapę wyrysowaną dla karawan, a ja u jednego z Raidersów znalazłem mapę z zaznaczonym na niej miasteczkiem Rolling City. Jest jakieś pięć kilometrów stąd więc nie musimy iść daleko. - Zakończył triumfalnie Patch.

an-ge

Monick otarła pot z czoła, a drugą ręką sięgnęła po menażkę. Kilka kropel brudnej wody nie ugasiło jej pragnienia, ale wiedziała, że muszą ją oszczędzać.
Obraz umierającej Japonki wciąż dręczył jej myśli. Dłonie wciąż czuły ciężar jej bezwładnego ciała, a nos pamiętał słodki zapach krwi.
Co ona tam charczała? Coś o spieprzonym zadaniu...o cholernym szeryfie... A gdy zobaczyła młodego złodzieja, jej oczy rozszerzyły się z wściekłości. Chwilę po tym Monick opuszkami je zamknęła.
Alibaba podszedł cicho i dotknął jej ramienia. Drgnęła.
-Wszystko ok?
Popatrzyła na niego spode łba, nie kryjąc swoich uczuć.
-Pytasz o to już trzeci raz w ciągu godziny -warknęła, lecz zaraz się opanowała -Przepraszam. W końcu zawdzięczam ci życie...
Nie mogła się zmusić by wypowiedzieć imię zmarłej. Zacisnęła zęby w bezsilnej rozpaczy.
-Nie ma sprawy. Jeszcze zdążysz spłacić dług -odpowiedział z łobuzerskim uśmiechem.
Z przymusem przywołała na twarz grymas, mogący od biedy uchodzić za uśmiech.
-Lepiej ruszajmy. Komuś mogą nie spodobać się te dwa trupy.
Odpędziła ponure myśli i przytaknęła ruchem głowy. Poprawiła pasek przytrzymujący broń i zamknęła klapy małego plecaka.
Słońce chyliło się ku zachodowi.

Moyżesh

- W nocy będzie łatwiej iść, bo gorąc nie będzie doskwierał - Alibaba patrzył na czerwony okrąg zlewający się powoli w jednośc z linią horyzontu.
- Tak - Monick wstała i przerzuciła swój plecak przez ramię - Tylko jak dotąd nawet mi nie powiedziałeś jak daleko jest do tego szpitala.
- Uh, "szpital"... - chłopak jakoś dziwnie starał się unikać tego słowa - ...jest o jakiś dzień wędrówki stąd.
- Dzień wędrówki? Nie rozumiem czemu jest ulokowany tak daleko od miasteczka?
- To.. to była stara baza wojskowa w której zachowało się trochę działającego sprzętu medycznego, dlatego zdecydowano, że będzie to idealne miejsce.
- Hmm. Jeszcze nigdy nie widziałam bazy wojskowej... - westchnęła - Mam tylko nadzieję, że dogadam się z Reaperem, no i, że nie jest on jedynym, który przeżył.
Ruszyli powoli w kierunku, który wskazał młody złodziej.
Monick po chwili przymknęła lekko oczy starając się wywołać w myślach wizerunki osób do których zdążyła się przywiązać w tej podróży. Z początku szło jej to ciężko, jednak po dłuższej chwili rozmazane kontury zaczęły się w jej umyśle formować w znajome sylwetki. Sylwetki jednak ciągle nie miały twarzy. Ilekroć skupiała się na tyle mocno by znajome oblicza spojrzały na nią pogodnym, nie rozmazanym wzrokiem tylekroć coś rozpraszało jej uwagę. Jednak nie poddawała się.
Alibaba patrzył na Monick kątem oka. "Piąta", pomyślał w duchu "To już piąta osoba, której robię to świństwo. Jednak tamci to byli wraki, nie byli zdatni do dalszej egzystencji jako normalni ludzie". Chłopak starał się nie myśleć o nich jako o osobach, wolał sobie wmawiać, że oni przestali być ludźmi już dużo wcześniej. Jednak jego sumienie nie zamierzało się poddawać, po raz kolejny postawiło mu przed oczami twarze poprzedniej czwórki. Znał te twarze tak dobrze. Nieraz nawiedzały go w snach.
Wstrząsnął głową by odgonić od siebie te wytwory imaginacji i spojrzał na Monick. "Idzie... Tak, to zdecydowanie lepsze wyjście niż gdybym musiał cały czas nieść ją nieprzytomną". Policzki chłopaka na chwilę pokryły się czerwienią, gdy ten przypomniał sobie jak niezdarnie wypuścił z rąk buteleczkę z chlorofilem. Wbrew własnej woli znowu spojrzał na dziewczynę. Była młoda, ładna i zdrowa. W żadnym razie nie pasowała TAM. A on ją właśnie TAM zabierał.
Nie chciał tego, ale jak sam mawiał : "rozkaz to rozkaz".
Ponownie zernął na Monick. Przyciągała jego wzrok jak magnes. Jednak z każdym razem gdy na nią patrzył coraz bardziej wydawała mu się chuda i mizerna, stawała sie coraz starsza i bardziej naznaczona zmarszczkami. On wiedział. Wiedział, że to jego wyobraźnia próbuje mu ukazać jak dziewczyna będzie wyglądać po pobycie TAM. "Cholera, cholera, cholera. Dlaczego ??? Czy ja naprawdę jestem takim potworem ???".
Oderwał na chwilę wzrok i myśli od Monick i rozejrzał się po pofalowanej górami powierzchni horyzontu przed nimi. Zmrużył lekko oczy, aby uchronić je przed niesionymi przez wiatr ziarnami piasku.
"Nie widać..." pomyślał, "Jeszcze nie widać Stajen".

Kazul

Tuż przed atakiem Raidersów na karawanę...

- Naprawdę chcesz to zrobić?
- Przecież wiesz jaki jestem...
- Wiem, ale... miałem nadzieję.
- Ha ha ha - cicho zaśmiał się Snake Eye - Nadzieja zmarła już dawno temu. A ty razem z nią.
- Nadal masz do mnie pretensje o to, że nie zdążyłem przybyć by pomóc w walce z Bractwem.
- To są stare dzieje, i już o nich zapomniałem.
- Dobrze wiesz, że MY nie zapominamy.
- ...
- Więc jaka ona jest?

Snake w tym momencie odwrócił się twarzą do mężczyzny z którym rozmawiał - do tej pory obaj wpatrywali się w przełęcz nad którą stali - Jego rozmówca zrobił to samo. Na pierwszy rzut oka wyglądali niemal identycznie. Obaj mieli smukłe wysportowane sylwetki, ubrani byli w czarne stroje idealnie dopasowane do ich ciała a na plecach obaj nosili katany. Jednak ten "drugi" był nieco niższy miał siwe włosy i... maska którą miał w przeciwieństwie do Snake Eye`a zakrywała prawą część jego twarzy.

- Całkiem niezła.
- Nie o to mi chodzi.
- Jest brunetką, ma brązowe oczy, pochodzi z rejonu w którym ją zostawiliśmy, odpowiedni wiek... ma też bliznę dokładnie taką jakie my mamy.
- Chyba nie chcesz jej zabić... nie możesz.
- Czemu nie? Nie jest nam już potrzebna... a jeśli chodzi o przysięgę, no cóż przecież nie musze robić tego osobiście.
- Nie dopuszczę do tego.
- Heh, coś się tak uparł? Nie ma jej, więcej do podziału dla nas dwóch.
- Tam jest tego tyle, że wystarczyłoby dla całej armii.
- Armii, którą wraz z tobą stworze... braciszku.
- Wiesz co o tym myślę...
- Wiem, wiem ale pomyśl tylko, znów podążałaby za nami śmierć, zapach krwi unoszący się w powietrzu, Kroczylibyśmy po ciałach dokładnie tak jak pięć lat temu na północy. Pamiętasz te czasy? W dwóch wycinaliśmy w pień całe wioski, całe zastępy przeciwników... Mamy to we krwi, my kochamy zabijać dla samego faktu zabijania!
- Nie przeczę że pozbawianie ludzi życia sprawia mi przyjemność, jednak...
- Odkąd odkryliśmy prawdę coraz częściej się wahasz.

W tym momencie obaj spojrzeli na dół w stronę kanionu. Właśnie przejeżdżała tam tędy całkiem spora banda Raidersów. Kierował nimi najwyraźniej jakiś gruby facet, który siedział w pierwszym samochodzie intensywnie machając ręką i krzycząc coś.

- Więc jak będzie Avi? Staniemy naprzeciw siebie? - nie spuszczając wzroku z gangu powiedział Snake Eye.
- Trochę się do niej przywiązałem w młodości... jak by nie patrzeć to rodzina.
- Aaaah nareszcie rozegramy potyczkę między sobą!
- Chcesz się zakładać kto wygra?
- Nie z tobą nie... dobra to je lecę pomóc tym od karawany. Przyłączysz się?
- Ja w przeciwieństwie do ciebie nie lubię udawać, że jestem słabszy niż w rzeczywistości.
- ...
- Memento mori - wyszeptali obaj wojownicy jednocześnie i rozeszli się każdy w swoją stronę.

DoPr

Monic i Alibaba dalej wędrowali w kierunku Stajen. Było jeszcze stosunkowo jasno, a piasek był rozgrzany. Zapowiadała się całkiem przyjemna wędrówka. Monic cieszyła się, że w końcu ujrzy przyjaciół. Nawet nieprzyjemne wspomnienia z miasta na chwilę się oddaliły i nie zmąciły tego uczucia, że wszystko się ułoży.
- Wiesz Alibabo... Mam przeczucie, że uda nam się cało i zdrowo dotrzeć do szpitala. Może nawet spotkamy tam wszystkich przyjaciół... Co o tym myślisz?
Alibaba nie wiedział co odpowiedzieć. Miał przeogromne poczucie winy, że skazuj tę dziewczynę na pewną śmierć, a teraz usłyszał te pełne nadziei słowa. Już miał wyjawić Monic dokąd tak naprawdę zmierzają, ale szybko zdał sobie sprawę, że Rybie Oczy Marks nie puści mu tego płazem i zrobi z niego przykład na to, jak postępuje się z niesubordynowanymi...
- Hym? - Odezwała się Monic nie mogąc doczekać się odpowiedzi. - Myslisz, że tam w szpitalu wszystko wróci do normy?
- Oczywiście. - Odparł z wymuszonym uśmiechem Alibaba. - Doktor Loo na pewno miał rację.

Szli tak już z kilka godzin, gdy nagle Alibaba usłyszał trzask łamanej gałązki.
- Stój! - Stanowczo wyszeptał do dziewczyny.
- Co się stało?
- Chyba coś słyszałem. Kucnij tu za krzakiem, a ja sprawdzę co to było.
Alibaba rozejrzał się i pochylony ruszył w kierunku gdzie słyszał tajemniczy odgłos. Gdy tylko zrobił kilka kroków, zaraz znikł Monic z oczu. Jakby się rozpłynął. Minęły chyba z dwie minuty, gdy nagle, za plecami dziewczyny odezwał się znajomy głos...
- Nareszcie cię odnaleźliśmy dziecko...
Monik momentalnie się obejrzała i ujrzała roześmianą twarz Patcha.

TRASHER

- Patch! Jak dobrze Cię... - "widzieć" chciała powiedzieć Monick, ale przerwał jej Snake Eye:
- Cicho - powiedział i podszedł do znajdujących się trochę dalej kaktusów rosnących pośród morza średniej wielkości głazów. Rozejrzał się, po czym odwrócił w kierunku towarzyszy.
- Co jest? - zapytał Mark.
- Nic specjalnego - odparł jednooki. Nagle odwrócił się, chwycił coś rękami i przerzucił to przez siebie. Dopiero teraz oczom wszystkich ukazał się oszołomiony Alibaba.
- TY! - krzyknął jednocześnie ze Snake Eye'm. Chłopak odskoczył na bok, a jednooki błyskawicznie wyciągnął katanę zza pleców i ruszył na przeciwnika.
- Nie! - wrzasnęła Monick - Nie zabijaj go! On mi pomógł!
Snake Eye zatrzymał się.
- Głupia jesteś, jeżeli dałaś tak się zwieść! Ten szczur zasługuje na śmierć! Powolną i w męczarniach.
- Stój Snake - powiedział Mark - Nie mamy powodu, by mu nie ufać. Nie znamy go, a podobno pomógł Monick... W końcu dużo prościej byłoby zabić ja tutaj - na pustkowiach, kiedy się niczego nie spodziewała.
- Skąd wiesz, co by zrobił, gdybyśmy się nie pojawili? I chyba nie masz pojęcia, że są rzeczy gorsze niż śmierć...
Tymczasem Alibaba rzucił się w kierunku pobliskiego, skalistego wzgórza usianego pieczarami i wnękami. Biegł jak zawodowy sprinter. Snake Eye ruszył za nim, ale zderzył się z Monick, która "niby przypadkiem" weszła mu w drogę. Nie powstrzymało to ninji na długo, ale Alibaba już znikał w czeluściach jaskini.
- Zostaw go, Snake... nie jest tego wart - powiedział Patch.
- Mylisz się. Był naszym jedynym tropem. Pozostaje nam ruszyć jego śladem.
- Najpierw powinniśmy odpocząć. Potem musimy wrócić po Petera i Reapera...
- Jak to? - zapytała Monick - To Reaper nie jest w Rolling City?
- Jest... najprawdopodobniej... - ciągnął Patch - Peter sam ciągnął go na naczepie ostatni kilometr, a my zawróciliśmy, bo Snake był przekonany, że jesteś tutaj.
- No cóż... cieszę się bardzo, że was widzę całych i zdrowych. Ale jakim cudem udało wam się przeżyć? Kim jest ten "Snake" i skąd wiedział, że tutaj jestem?
- Mnie też to zdziwiło, rozmawiał z jakimś mężczyzną w kapturze zanim się rozdzieliliśmy... Skąd wiedziałeś, że...
W tym momencie Mark przerwał, bo zorientował się, że wspomnianego wojownika nie ma już wśród nich.
- Niech to! - wrzasnął - Teraz zgubiliśmy ich obu!
- Co teraz robimy? - zapytała Monick.
- Mamy trzy wyjścia - powiedział Patch - Albo idziemy do Rolling City, albo czekamy, aż Snake się znajdzie albo...
- ... albo idziemy za nim, tak? - dokończył Mark.
- Więc decydujmy - powiedziała Monick.

<^><^><^><^><^>

Kazul

Ale było jeszcze jedno wyjście z tej sytuacji, o którym właśnie mieli się dowiedzieć.

- Sądzę, że powinniśmy poczekać za SnakeEye... on wydaje się wiedzieć więcej o tym wszystkim niż my i...
Wypowiedź Patch`a przerwała niespodziewanie Monick wskazując palcem w stronę Rolling City mówiąc:
- Widzicie to?! Co to jest?
Obaj mężczyźni zwrócili się we wskazywaną przez dziewczynę stronę jednak nie mogli niczego dostrzec.
- Przecież tam nic nie ma. - Odpowiedział Mark.
- Przecież widzę, że jest i zbliża się do nas z dużą prędkością. - Monick jeszcze raz wskazała na obszar pomiędzy nimi a miastem.
- Przecież ślepy nie jestem, jakby tam coś był...
Ochroniarz nie dokończył zdania gdyż właśnie ujrzał niewielki tuman kurzu, który zbliżał się do nich stając się coraz bardziej widocznym. Cała trójka wpatrywała się teraz w poruszający się obiekt chcąc go zidentyfikować.
- Przez ten kurz nic nie widać - Patch wytężył wzrok.
- To chyba jakiś samochód skoro porusza się tak szybko - Mark także starał się dostrzec kontury nadjeżdżającego pojazdu.
- Co to jest "samochód" - Zapytała Monick, nie spuszczając oczu z tumanu kurzu.
Patch i Mark bez słowa spojrzeli najpierw na siebie, potem na dziewczynę, a potem wrócili do poprzedniego "obiektu zainteresowań"
- To jest Buggy! - Wykrzyknął Patch lekko podskakując z radości - Dawno takiego nie wdziałem.
- Noo ciekawe kogo było stać na benzynę do niego?
- Ale co to jest "Buggy"? - Poirytowana zapytała Monick.
Jednak odpowiedzi jush nie usłyszała, ponieważ wszyscy mieli teraz na uwadze tylko nadjeżdżający samochód, który był na tyle blisko by dało się słyszeć warkot jego silnika. W ciągu kilkunastu sekund kierowca pokonał płaski teren między nim a trójką towarzyszy i z niemałą gracją "zaparkował" tush przed nimi. Monick już miała nawyrzucać kierowcy za jego "niebezpieczną jazdę", gdy ten szybkim ruchem podciągnął się, stanął na fotelu kierowcy i zdejmując duże zasłaniające prawie pół twarzy okulary "pilotki" z uśmiechem na umorusanej w brudzie i kurzu twarzy zwrócił się do dziewczyny.
- Ej maleńka faktycznie jesteś niczego sobie! Dobra, łap te swoje piękne pośladki i sadzaj je na tym foteliku - wskazując miejsce dla pasażera powiedział nieznajomy - No szybko nie mamy czasu!
- Nie jestem żadna "maleńka"!
Kierowca nie zwracając na nią uwagi ciągnął dalej
- Wy to pewnie Mark i Patch, kumple tego maleństwa. Też wskakujcie! Tylko ruszać się bo zaraz może tu być wyjątkowo nieprzyjemnie!
- O czym ty mówisz? - Wtrącił się Patch.
- Mówię o tym, że jeśli nie wsiądziecie do samochodu i nie pojedziecie ze mną to zginiecie w przeciągu kilkunastu minut. Wiem, iż trudno w to uwierzyć, ale teraz nie mam czasu wam wszystkiego wyjaśniać. Musicie mi zaufać.
Monick coraz bardziej nie lubiąca nowego "przyjaciela" podeszła do pojazdu i rozpoczęła wywód.
- Wyłazisz nie wiadomo skąd, wyglądasz nie wiadomo jak, w ogóle nie wiadomo jak to się wszystko stało i każesz nam tobie zaufać?! Chyba raczysz żartować!
- Słuchaj no maleńka jeśli powiem w którym miejscu na swoim ciele masz bardzo seksowną bliznę to mi uwierzysz?
- S... skąd wiesz że...
- Nie ma teraz czasu na wyjaśnienia proszę uwierzcie mi... wszystko wam powiem gdy tylko oddalimy się z tego miejsca.
Trójka towarzyszy wymieniła między sobą porozumiewawcze spojrzenia po czym Mark oświadczył.
- No to się przejedziemy samochodem.
Wszyscy usadowili się w pojeździe. Monick usiadła z przodu a Mark i Patch z pewnym trudem zajęli miejsca z tyłu. Wtedy Mark nachylił się i szepnął Monick do ucha?
- O jakiej seksownej bliźnie gadał ten gościu i... gdzie ja masz? - z diabelskim uśmieszkiem zapytał.
- <jebut>
Kierowca uruchomił silnik, lekko przygazował i już miał ruszać gdy jakieś 50 metrów przed nimi ukazał się SnakeEye, który trzymając w ręku katanę szedł w ich kierunku.
- Zupełnie o nim zapomnieliśmy - rzekł Patch
- Hej Snake! Pośpiesz się, trzeba stąd wiać, wskakuj do samochodu miejsce się znajdzie - wykrzyknął Mark, jednak nie usłyszał żadnej odpowiedzi.
Wtedy w stronę wojownika krzyknął kierowca.
- Więc to ty jesteś SnakeEye! Mam dla ciebie wiadomość od Pana Avi`ego. Kazał mi przekazać cytuję: "Jak za dawnych czasów, ty masz czarne a ja białe. Mój pierwszy ruch - właśnie go widzisz". Mam nadzieje, że chociaż ty to rozumiesz! Pewnie jeszcze się spotkamy więc się nie będę mówił "do widzenia"
Gdy skończył wcisnął pedał gazu z całej siły i ruszył wprost na Snake`a, lecz ten w ostatniej chwili przeskoczył ponad samochodem i uniknął zderzenia.
- Mogłeś go zabić! - krzyknęła Monick.
Lecz nieznajomy nic nie odpowiedział, tylko spojrzał przez chwilę na dziewczynę po czym ponownie skupił się na pilotażu. Zdążyli odjechać jush dobre 1000 metrów gdy Patch zapytał:
- No i co z tym niebezpieczeństwem? Podobno mieliśmy tam zginąć?
Jakby w odpowiedzi na jego pytanie powietrze przeszył głośny, głuchy wybuch. Trójka przyjaciół obejrzała się i ujrzała jak nad miastem pojawia się jasno czerwona łuna rozświetlająca okolicę, po chwili nastąpiła seria kolejnych wybuchów. Tym razem fabryka stanęła w ogniu. Wszyscy patrzeli na tą scenę z niedowierzaniem i zdziwieniem. Tylko nieznajomy nie spuszczał oczu z "drogi"... lekko się tylko uśmiechnął i powiedział sam do siebie.
- Pan Avi jak jush coś robi to zawsze z klasą.

an-ge

-Dość. -pomyślała Monick, zaciskając pięści.
-Dość. -powiedziała twardo, lecz ryk silnika skutecznie ją zagłuszył.
-Dość! -wrzasnęła, bo czuła, że resztki cierpliwości właśnie z niej wyparowały.
Mark i Patch spojrzeli na nią jednocześnie, a oboje najwidoczniej bardziej byli zaskoczeni jej wybuchem niż niedawnymi fajerwerkami.
Tylko kierowca nie odrywał wzroku znad... niewidocznej drogi.
-To gdzie jedziemy? -zapytał Mark, ignorując dziewczynę.
-Rollin City, oczywiście -zawołał z przekonaniem Patch, a właściciel pojazdu tylko potaknął ruchem głowy.
Monick zdała się jeszcze bardziej opaść z sił. Słońce prażyło niemiłosiernie, a suchy wiatr nie przynosił ochłody.
-Muszę się załatwić -pacnęła Patcha w ucho, na co ten zareagował niekontrolowanym rumieńcem.
Buggy się zatrzymał, a ona bezwłocznie wyskoczyła z samochodu i... usiadła na glebie, po turecku krzyżując nogi i przerzucając sobie z pleców karabinek.
Odbezpieczyła błyskawicznie, lecz mężczyźni nie drgnęli nawet, całkowicie skołowani jej zachowaniem.
-Co jest...?
Dziewczyna uniosła podbródek i z całym spokojem na jaki ją było stać w takiej sytuacji, powiedziała
-Nie ruszę się nigdzie, dopóki nie streścicie mi krótko ostatnich wydarzeń.
-Może poczekasz aż dojedzie...-zaczął Patch, ale mu przerwała brutalnie
-W mieście jest i burdel i bar. Jeśli teraz mnie nie oświecicie, to mogę sobie czekać do usranej śmierci. Waszej, albo mojej.
-Była karawana, nie ma karawany -Mark wzruszył ramionami -Co by tu dodać...
-Po bitwie wyruszyliśmy na poszukiwanie ciebie, ten jednooki gość miał nam pomóc i... -zaczął równocześnie Patch.
Kierowca walnął bezceremonialnie w klakson.
-Zamknąć pyski, pustynne szczury -głos miał zmęczony -Ja będę mówił.
Coś w jego brudnej twarzy powstrzymało protesty pozostałej w pojeździe dwójki.
-Pan Avi sprowadził cię do miasta. Nie przewidział jednak, że tamtejszy mafiozo aka szeryf, zdobędzie się na odwagę, by cię ruszyć. Jednak zrobił to, bo wiedział, że jesteś cenna dla pana Aviego. Szeryf, niegłupie w sumie bydlę, opracował 'plan'. Złodziejaszek miał cię 'uratować' przed żoną kurdupla i wynajętym zbirem. -Monick zagryzła spieczone wargi -Nie chciał cię zabić, to byłoby samobójstwem, chciał tylko porwać i umieścić w Stajniach, by móc szantażować Mr Aviego. Co moim zdaniem też jest formą samobójstwa, no ale zbaczam z tematu. Pomijając nieistotne szczegóły - wracamy do Rolling City.
-Do szeryfa? popierdo**** cię?! -krzyknął Patch.
-Pierwsze - tak, drugie - bo się obrażę...
Chwilę trwało wspólne milczenie, nim w końcu odezwał się Mark
-Czemu ten pan Avi tak się interesuje Monick?
Kierowca wzruszył ramionami, strząsając przy tym piasek z kurtki pilotki.
-To gra pomiędzy nim, a tym którego zostawiliśmy na drodze -mruknęła dziewczyna.
-Mam cię odwieźdź pod opiekę szeryfa, takie są rozkazy.
-Teraz to już nic nie rozumiem -stwierdził Mark.
-To proste, szeryf będzie grzeczny, bo Mr Avi trzyma miasteczkowe interesy w garści. Bez niego, szeryf jest jak ryba bez wody -roześmiał się ze swojego mini żartu.
Nikt nie zawtórował, lecz Monick się podniosła.
-Jedziemy. Chcę poznać przyczynę moich ostatnich kłopotów.
Kierowca uśmiechnął się lekko, nałożył z powrotem gogle i przekręczył kluczyk w stacyjce.
-Już nie chce ci się...? -zapytał Patch, a ona tylko westchnęła z rezygnacją.
Podróż była krótka.

DoPr

Pędząc w tumanie kurzu, buggy powoli zbliżał się do Rolling City. Odległość od pokonania była już niewielka, a więc spotkanie z szeryfem było bardzo bliskie. "Jaki jest ten szeryf? - zastanawiała się Monick - Może to o nim mówił doktor Loo... Czy na reszcie dowiem się dlaczego tak się o mnie biją? - nagle się uśmiechnęła - Wiem! Zakochali się we mnie!"
- Widzę, że humor już ci się poprawił? - odezwał się Patch dostrzegłszy niewielki uśmieszek na twarzy dziewczyny - to dobrze, bo trochę zmart...
Patchowi przerwał odgłos kolejnej eksplozji, a nad Rolling City pokazała się smolista chmura dymu. Kierowca gwałtownie zahamował i zaczął intensywnie przyglądać się miastu. Z początku wszyscy w milczeniu obserwowali co się dzieje, ale Mark w końcu się odezwał.
- Czy to też robota pana Aviego?
Kierowca nie odpowiedział, jednak z jego umorusanej twarzy można było wyczytać, że nie wie co robić.
- Chyba słyszę strzały. - zauważył Patch.
- Prawda, ktoś tam strzela. - potwierdziła Monick, która już obserwowała całe wydarzenie przez lunete swojej snajperki - Wszędzie aż roi się do Raidersów! Nie możemy tam jechać!
- Ale musimy jeśli chcecie jeszcze zobaczyć waszych przyjaciół. Jak oni się nazywali... - kierowca na chwilę zerknął w górę - Peter, Helmut i Reaper są razem z panem Avim. To częściowo dzięki nim wiedziałem jak was rozpoznać.
- Jak się czuje Reaper? Wyzdrowiał już? - zagadnął Patch - Jak ostatnio go widzieliśmy to Peter z Helmutem wieźli go nieprzytomnego właśnie do Rolling City.
- Nie wiem. Myślę, że wyzdrowiał. - odpowiedział kierowca - Ale jeśli zaraz nie weźmiemy się za tę bandę rabusiów to nie będzie to miało żadnego znaczenia.
- A więc do działa! Na co jeszcze czekamy! - krzyknęła Monic.
- Spokojnie. Musimy podchodzić ostrożnie. Niepokoi mnie to, że tych Raidersów jest tak dużo. Albo szeryf Marks ich nie dostrzegł zawczasu, albo...

Saladyn (ex Trasher)

- ... albo pracuje z nimi – dokończył Patch - Tak czy siak musimy coś zrobić. Chociaż przydałoby się nam kilka osób do pomocy.
- Może nie zauważyłeś, staruszku, ale miasto to teraz pieprzone pole bitwy. Wymyślcie coś inteligentniejszego niż samobójczy plan kontrataku. Jestem kierowcą, a nie żołnierzem.


Tymczasem w mieście... Szeryf Marks odziany w Power Armor eliminował kolejnych wrogów ze swojego karabinu maszynowego.
- Gdzie do kurwy nędzy są strażnicy!? Kto pozwolił podejść Raidersom tak blisko miasta!?
Nikt nie odpowiedział na pytanie. Być może wrzawa zagłuszała pytanie, albo mieszkańcy miasta byli bardziej zajęci obroną lub ucieczka, by udzielić jakichkolwiek wyjaśnień. Raidersi atakowali nieprzerwanie. Nie była to mała grupka, jakich pełno włóczy się po pustyni. To cały legion, w dodatku trochę lepiej wyszkolony. Szeryf Marks był prawie pewien, że ktoś niezwykle sprytny musi kierować atakiem z ukrycia. Możliwe, że jakiś wojskowy.


Alibaba przykucnął na skalnej półce. W oddali widział płonące Rolling City. Zastanawiał się, co powinien teraz zrobić. Trudno byłoby odnaleźć szeryfa Marksa i powiadomić go, że jeden z najemników zdradził. Cholerny jednooki cały czas deptał mu po piętach. Myśli i urywki wspomnień kłębiły się w głowie chłopaka. Przypomniał sobie moment, w którym dowiedział się o intencjach Snake Eye’a. Wojownik rozmawiał z innym mężczyzną, trochę podobnym do niego. Jak go nazwał? Avi? Nieudana próba opuszczenia dyskutujących zwróciła ich uwagę. Od tej pory wiedzieli oni, że ktoś ich podsłuchiwał. Wiedzieli, że to Alibaba. Wiedza, którą posiadł chłopak była dużo warta dla szeryfa Marksa, ale oznaczała też wyrok śmierci w przypadku spotkania jednookiego. Pot perlił się na czole Alibaby. „Co zrobić?” – to pytanie nurtowało go nieustannie. Nagle silny cios powalił chłopaka na ziemię. Tracąc przytomność dostrzegł jeszcze stojącego nad nim Snake Eye sięgającego po katanę...


Również Mark, Monick, Patch i kierowca Buggy’ego obserwowali miasto.
- Dobra, mam plan – Mark przerwał długotrwałą ciszę – Skradamy się w kierunku miasta i kasujemy Raidersów pojedynczo. Zbieramy ich sprzęt i staramy się dostać do bram miasta. Monick może kasować delikwentów ze snajperki.
- Świetnie. A co się stanie, jeżeli Raidersi zorientują się, że kilka osób jest POZA miastem? Rozwalą nas w mgnieniu oka – kierowca przecierał koszulą swoje zakurzone gogle.
- Niekoniecznie. Już dostali w dupsko. Wyglądają na lekko zmęczonych, naboje pewnie też im się kończą. Powinniśmy się przebić. Próbujemy?
- Ja jestem za – powiedziała Monick wprowadzając kolejny nabój do komory swojej snajperki.
- Ja też – Patch zacisnął dłonie na sporym kiju, który wygrzebał gdzieś w krzakach.
- Jesteście stuknięci... a za kilka minut będziecie też martwi. Ja nie idę.
- To pies cię srał! Sami sobie damy rade... – Mark nie krył swojego zdenerwowania – Szkoda, że Snake Eye’a nie ma z nami. Przydałby się...
- Trudno. Musimy sobie poradzić sami. Ruszajmy.

Trzy nisko pochylone postacie przemykały między drzewkami, krzakami i głazami. Monick zauważyła jednego bandytę biegnącego w ich kierunku. Nie zauważył intruzów, prawdopodobnie musiał się tymczasowo wycofać z walki. Monick przymierzyła broń do strzału. Głowę Raidera miała w samym środku celownika:
- Uśmiechnij się... – powiedziała cicho dziewczyna i wstrzymała oddech. Następnie pociągnęła za spust. Raider upadł na ziemię z rozerwaną pociskiem czaszką. Nagle nieopodal pojawiło się siedmiu zborów, najwyraźniej zwabionych hukiem wystrzału.
- O-oo... – Monick spojrzała na Marka i Patcha. Teraz zaczną się prawdziwe kłopoty...


Mała grupka Raidersów przeskoczyła przez zbudowane ze starych przyczep i wraków samochodów mur miasta przy pomocy prowizorycznych drabin. Dostali się do wnętrza metropolii korzystając z faktu, że uwagę mieszkańców absorbowały główne siły szturmujące bramę.
- Ale łatwizna! Teraz wyrżniemy ich od środka! Ha ha ha - jeden ze zbirów wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Reszta zaczęła się śmiać razem z nim. Nagle jak z podziemi pojawił się zakapturzony mężczyzna w dziwnym stroju.
- W czym tkwi dowcip? – zapytał spokojnie.
Raidersi chwycili za broń, którą nosili zatkniętą za pasy tak, by nie przeszkadzała podczas wspinaczki po drabinie. Mężczyzna, który ich zaczepił błyskawicznie dobył dwóch mieczy i kilkoma zdecydowanymi, szybkimi uderzeniami ciężko poranił zbirów. Najeźdźcy leżeli na ziemi w stale rosnącej kałuży krwi. Niektórzy już nie żyli, kilku jeszcze dogorywało.
- Amatorzy... – zaczął mężczyzna ściągając z głowy kaptur. Był w podeszłym wieku, ale jego oczy wprost kipiały energią. Po chwili dodał – Sięgnięcie po broń zajęło wam wieczność. Miłej podróży do piekła...


- To trwa za długo... – powiedział mężczyzna w kowbojskim kapeluszu wydając pośpiesznie nowe rozkazy swoim podwładnym, Raidersom – Womack! Znajdź tą dziewczynę! Natychmiast!
Raider posłusznie skinął głowa i szybko się oddalił. Tymczasem kowboj pogładził swoją brodę i powiedział sam do siebie:
- Gdzie jesteś, moja piękna Monick? Jak długo mam czekać na spotkanie? W końcu wydobędę sekrety, jakie kryją się w twoich genach. Już wkrótce, moja mała, już wkrótce...

an_ge

Monick przebiegła kilka metrów dzielących ją od zniszczonego muru, który idealnie mógł posłużyć jej szczyt...morder...'jakimś-tam' celom.
Zręcznie oparła długą lufę o wyłom i poszukała wzrokiem najbliższej ofiary.
-Ale kicha -pomyślała, patrząc ponuro w stronę pola bitwy -Zamieszanie jak cholera.
Spokojnie przetarła kawałkiem bluzki szkiełko lunety.
-Nie wiadomo kto jest kto, czego chce, z kim sie bije, a z kim trzyma... -nie przerywając wewnętrznego monologu, strzeliła w stronę Raidersa. -Kiedyś wszystko było prostsze...
Mechanicznie wykonywała wszystkie czynności.
Załadować-wymierzyć-strzelić.
Nikt jeszcze nawet nie popatrzył w jej stronę, chociaż zabiła 4 ludzi.
-"Ten zły" był tym złym i jego trzeba było wykończyć. Tu jechać, tam pogadać... A teraz gdzie się człowiek nie ruszy, tam już wikła się w jakiś PLAN. Masakra.
Pod celownikiem pojawiła się postać odziana w Power Armor, wymiatającą karabinem maszynowym.
Zagapiła się i odruchowo pociągnęła za spust.
Pech chciał, że oddała strzał idealnie między oczy. Jak w zwolnionym filmie widziała pękającą szybkę zbroi, a następnie padające ciało.
-Ups. Ładny 'krytyk', ale gościu był chyba po mojej stronie... A zresztą.
Machnęła by nań ręką, gdyby nie miała obydwu zajętych.
Załadować-wymierzyć-strzelić.
-I każdy nowo poznany dupek uważa się za geniusza zbrodni, mafiozę, Ojca Chrzestnego, czy coś...-powróciła do przerwanego monologu.
Pociągnęła za spust i uwolniła świat od jeszcze jednego bandziora.
-A ta ich [b] oryginalność [/b]... Imiona, stroje, gadki... Dno.
Westchnęła widząc, że ktoś w końcu zauważył jej poczynania. Ktoś kto najwyraźniej nie był zadowolony z takiego rozwoju akcji.
-I jeszcze ten pan Avi... Co to właściwie ma być?!
Pogardliwe prychnięcie zostało zagłuszone przez ryk postrzelonego w nogę mężczyzny.
-Ale śmieszny kapelusz...

eden

Przeładowała i wymierzyła spokojnie. Podziałki na celowniku optycznym zbiegły się na potylicy uciekającego zygzakiem rannego.
Strzał.
Mężczyzna jak podcięty przewraca się na gruzy wzbijając tuman kurzu. Kowbojski kapelusz przez ułamek sekundy unosi się jeszcze w powietrzu, po czym pada na jego ciało.
Monick już ma odjąć od twarzy chłodną kolbę broni, ale widzi jak mężczyzna gramoli się, by wstać.
Szczęściarz! Potknął się na chilę przed strzałem i to uratowało mu życie. Ale nie będzie drugiej szansy, myśli Monick, a lodowaty uśmieszek igra na jej wargach. Kładzie palec na języku spustowym karabinu.
Nagle jakaś siła ciągnie ją w powietrze za włosy, a jednocześnie wykręca do tyłu rękę, sprawiając, że wypuszcza broń. Ból wyrywa z jej ust przeciągły krzyk, a do oczu momentalnie napływają łzy.
-Dobra nasza, szefie! Złapałem sukę!- powiedział napastnik. Monick czuje na karku jego cuchnący boozem oddech, a na gardle zimne ostrze noża.
Kowboj odwrócił się, podniósł kapelusz i wstał powoli, grymas bólu na jego twarzy ustąpił miejsca tryumfalnemu uśmiechowi, mimo że przed chwilą był o włos od śmierci. Rozejrzał się uważnie wokół. Odgłosy walki cichły stopniowo, gdzieniegdzie tylko przemykały grupki zdziesiątkowanych, ale zwycięskich Raidersów ścigających niedobitki ludzi szeryfa.
-Jednak Avi postawił na swoim – zaśmiał się kowboj, po czym, powłócząc zranioną nogą, zbliżył się do dziewczyny. Uniósł brudną dłoń i knykciem rozmazał łzy na jej policzkach. Zaśmiał się, jakby uznając to za przejaw żartobliwej czułości. – Dobrześ się spisał, Womack. Bądź pewien, że nie zapomnę o tym, gdy będę z nim mówił... Tymczasem należy ci się pierwszeństwo.
Womack odgiął głowę Monick do tyłu i, uzyskawszy w ten sposób więcej swobody, zaczął rozpruwać nożem ubranie dziewczyny. W desperacji próbowała uderzyć Raidera wymachując pięściami do tyłu, ale jej ciosy były zbyt słabe, a jego uchwyt zbyt silny. Jedynym skutkiem szamotaniny był ból, który wyciskał z jej oczu łzy.
-Lepiej ją przytrzymam, bo się kurewka wyrwie, a ty szefie korzystaj, póki ciepła. Co za różnica, pierwszy czy drugi, he, he!
-Ano, skoro tak, to niech panienka pozwoli, że się przedstawię – powiedział kowboj, zdejmując kapelusz i jednocześnie sięgając do rozporka. – Jestem Joe Dogfoot, a to jest mój...
-Szefie?
Z dłoni Joego Dogfoota wypada kapelusz. Kowboj próbuje coś powiedzieć, ale zamiast tego z jego ust wydobywa się stłumiony jęk. Jego oczy, ze zdziwienia wielkie jak spodki, wpatrują się w kapelusz. Odwraca głowę, jednocześnie sięgając prawą ręką do tyłu, jakby chciał sprawdzić, co takiego się stało, że nie może oddychać.
Słychać głuchy, nieprzyjemny odgłos, przywołujący Monick odległe wspomnienie wuja rąbiącego tasakiem mięso brahmina.
Joe Dogfoot osuwa się na ziemię, teraz widać, że w jego plecach tkwią dwa ostrza. Jego dłoń zaciska się na jednym z nich i zamiera.
Monick widzi naprzeciwko siebie jakąś groteskową, przerażającą postać, w której ręku błyszczy gotowa do rzutu broń. Czując, że chwyt Womacka osłabł, instynktownie rzuca się w bok.
Słyszy świst przelatującej obok stali. Jej dłoń natrafia na porzucony karabin i Monick odruchowo odwraca się w stronę Raidera, gotowa do strzału.
-Nie strzelaj! – krzyczy obcy. Monick widzi, jak Womack chwieje się na nogach, próbując wyszarpnąć nóż, tkwiący mu w brzuchu niemal po rękojeść. Wreszcie z łoskotem wali się na ziemię.
-Strzały tylko by zaalarmowały resztę tego śmiecia. A tego chyba nie chcemy, mam rację?
Monick odwróciła wzok w stronę wybawcy. Na pozór był to mężczyzna – bo sylwetka i głos przypominały mężczyznę, ale z jego twarzy trudno byłoby wyczytać jakiekolwiek rysy – większość brunatnozielonkawej skóry po prostu zwisała z kości, odsłaniając w niektórych miejscach mięśnie. Palce obu rąk, za wyjątkiem kciuka, były ze sobą zrośnięte po dwa, czym przypominały Monick szczypce radskorpiona. Tylko po błyszczących, zielonych oczach, zdradzających zainteresowanie i niepokój, mogła poznać, że obcy mimo swojego odrażającego wyglądu jest jednak człowiekiem. Nigdy nie widziała kogoś podobnego, ale doskonale pamiętała snute przy ognisku opowieści towarzyszy z karawany o ghulach – godnych pożałowania podludziach żyjących wśród ruin i żywiących się odpadkami.
-Skoro ci dwaj już się definitywnie przedstawili, i my wymieńmy uprzejmości. – powiedział ghul zebrawszy noże oraz kapelusz zabitego, a na jego ustach pojawił się grymas, który Monick słusznie odczytała jako uśmiech. – Pagurus, w skrócie Pag.
-Monick...
-Monick? W porządku. Chodźmy stąd czym prędzej, bo czuję, że jeśli zabawimy tu jeszcze parę chwil, Raidersi dobiorą się nam do tyłków.

Monick biegła zgarbiona za Pagiem, który pewnym siebie krokiem kluczył wśród ruin. Wreszcie przystanął przed doszczętnie zdezelowanym wrakiem jakiegoś samochodu i czujnie rozejrzał się, po czym zadowolony z siebie odchylił tylne drzwi, odchrząknął i odciągnąwszy siedzenie zaczął się gramolić do odkrytej w ten sposób dziury w podwoziu. Monick obserwowała tą osobliwą czynność z rozdziawionymi ustami, ale kiedy Pag zanurzył się w otworze po pas i zachęcająco kiwnął na nią ręką, zrozumiała, że pod samochodem musi znajdować się jakiś rodzaj podziemnego szybu, którym można zejść niżej. Kiedy ghul już całkiem zniknął w dziurze, podążyła w jego ślady zakrywszy ją uprzednio dla niepoznaki wejście tylnym siedzeniem, żeby wszystko wyglądało jak przedtem.
Znaleźli się w ciemnym i przyjemnie chłodnym pomieszczeniu, sądząc po echu jakie odpowiadało ich krokom, stosunkowo niewielkim. Zamigotał płomień zapalniczki, od której Pag odpalił świeczkę.
-Jesteśmy tu bezpieczni? – zapytała Monick, wreszcie uspokoiwszy oddech.
-Nawet jeżeli któryś z Raidersów byłby na tyle sprytny, żeby odkryć wejśćie, to szyb jest zaminowany. – odpowiedział Pag, stawiając cynowy spodek ze świecą na biurku. Na jednej ze ścian były nieduże, okrągłe drzwiczki zamknięte na zasuwę. Obok nich stała jakaś skomplikowana maszyneria składająca się z rur i cylindrów o wielu pierścieniach. Większą część pomieszczenia zajmowały metalowe szafy z wielkimi szufladami, pod którymi piętrzyły się stosy papierów, książek i podłużnych skrzyń z napisami „US Army”.
-Za tymi drzwiami jest przejście, między innymi do kanałów, które przed wojną były czynne. – powiedział Pag zauważywszy jej pytające spojrzenie, przypalając jednocześnie wyciągnięte z biurka cygaro. – Te skrzynie przywieźliśmy z odkrytej przypadkiem bazy wojskowej. Zawierają całe mnóstwo rzeczy, które czynią naszą egzystencję znośniejszą. Broń, książki, trochę leków, prochy, alkohol, no i cygara. Wybacz, zapomniałem, poczęstujesz się? – otworzył szufladę. – A może jesteś głodna?
-My? Czyli jest was...
Gwałtowny, dudniący odgłos pukania w stalowe wrota nie pozwolił jej dokończyć. Pag natychmiast otworzył i w drzwiach ukazał się jednoręki, przysadzisty ghul, wyraźnie czymś bardzo zaaferowany.
-Byłem przed chwilą na zwiadach. Raidersi zabili wszystkich ludzi szeryfa z wyjątkiem jego samego i kilku handlarzy z karawa...
zauważywszy Monick ghul wydał z siebie nagły okrzyk przestrachu i zaskoczenia.
-He, he! Musisz wybaczyć poczciwemu Wilfordowi. W końcu nie co dzień widuje kobiety z atrybutami na wierzchu. W tamtej szufladzie są takie śmieszne ubrania z numerami na plecach...
Monick jednak, zasłoniwszy tylko pierś ręką, postąpiła w stronę Wilforda.
-Mówiłeś o handlarzach z karawany... Widziałeś, ilu ich było?
-Ocalało trzech. Potem już tylko dwóch...
-Co to znaczy...?
-Przywódca Raidersów zabił jednego z nich, dla przykładu. Z ukrycia słyszałem większość tego, co mówili... Szukają dziewczyny, chyba chodzi im o ciebie.
-Boże... – powiedziała Monick. Popatrzyła ghulowi w oczy, próbując uspokoić bijące coraz szybciej serce. – Jak wyglądał ten, którego zabili?
-Nie widziałem jego twarzy. Słyszałem jednak, jak wołali na niego dwaj pozostali. Nazywał się...

Saladyn

- ... Patch - dokończył Ghul.
Monick mimowolnie upadła na kolana. Kolejne słowa wypowiadane przez Ghuli nie docierały do niej. Patch, którego traktowała jak swojego dziadka już nigdy z nią nie porozmawia, nie udzieli rady. Już go nie ma... odszedł. Słone łzy popłynęły po policzkach dziewczyny a stojące nad nią postacie nie bardzo wiedziały, co mają w takiej sytuacji zrobić. Po kilku minutach Pag zdobył się na odwagę i podszedł do dziewczyny kładąc swoją groteskową dłoń na jej ramieniu. To wszystko, co był w stanie teraz dla niej zrobić.

Ciało wypatroszonego chłopaka, które leżało na rozgrzanym, pustynnym piasku, zwabiło chmarę sępów. Ptaszyska urządziły sobie prawdziwą ucztę. Łapczywie szarpały kawałki mięsa i szybko je połykały. Kilku z nich zaczęło walczyć między sobą wzbijając w powietrze tumany kurzu i wydzierając sobie nawzajem kilka dużych, czarnych piór.
Snake Eye starannie wytarł z krwi swoją katanę. Przed chwilą wyrwał ludzki chwast zwany Alibabą. Mógł go zabić od razu zamiast bawić się w ogłuszanie, ale... może tak było bardziej dramatycznie?
Długo myślał nad tym, co powinien uczynić i w końcu podjął decyzję. Jego rywal będzie zawiedziony...

Avi szybko opuścił strefę wojny i udał się na pustynię. W zaatakowanym mieście, pośród płonących budynków, trupów i całego zgiełku raczej nie znalazłby Monick. Poruszał się cicho, a ciemność była jego sprzymierzeńcem. Po drodze dobił kilku rannych Raidersów. Tylko gdzie Monick? Albo Snake Eye? - pomyślał.
Akurat w chwili, gdy stary wojownik zadał sobie to pytanie, tuż przed nim pojawił się jednooki.
- Rozgrywka trwa, bracie - powiedział Avi.
- Już nie...
- Jak to? Czy Monick...
- Żyje - rzucił Snake Eye - Uratowali ją. I dobrze.
- Kto? Miałeś nie mieszać w to innych. To rodzinne interesy! - Avi nie krył swojej wściekłości.
- Kto? To naprawdę nieważne. Z pewnością bardziej zainteresuje cię fakt, że wyeliminowanie z gry Alibaby było moim ostatnim ruchem.
- Głupiś, bracie. Nie możemy się teraz wycofać.
- Może ty i twoje chore ambicje. Ja spłaciłem dług i nie będę ciągnął tego dalej. Teraz to sprawa między tobą, a Monick.
- Co jest powodem tak nagłej zmiany decyzji? - Avi zdjął naciągnięty aż po same czoło kaptur.
- Uświadomiłem sobie, ze to nie o to mi chodziło. Traktujemy ją jak zwierzynę łowną... trofeum. Nasza decyzja o podrzuceniu jej młodemu małżeństwu rolników nie była zła... Sami nie byliśmy w stanie się nią zająć. Nie do tego nas stworzyli.
- Zapomniałeś bracie, że od czasu ucieczki sami wybieramy sobie cele? Tobias poświęcił życie umożliwiając nam odzyskanie wolności! Nie pamiętasz naszej przysięgi złożonej nad jego ciałem?! - Avi był coraz bardziej zdenerwowany.
- Prawda jest taka, że zginął bo wlazł na siatkę pod napięciem - Snake Eye był kurewsko bezpośredni - Fakt... pomógł nam złamać zabezpieczenia. Ale czy naprawdę uważasz, że nasze działania są wypełnieniem przysięgi? Nasza ingerencja stale ją naraża. Być może całą ta hałastra wcale by się nią nie zainteresowała, gdyby nie nasza rywalizacja i... twoje intrygi.
Avi położył dłoń na rękojeści noża do rzucania.
- Uważaj na to, co mówisz, bracie... mogę zapomnieć o więzach krwi...
- I dobrze byś zrobił. Moja rada jest taka: zostaw ją w spokoju, tak jak ja to robię - jednooki musnął koniuszkami palców tsubę zawieszonej na plecach katany - A jeżeli naprawdę chcesz to zakończyć w taki sposób, to ja jestem gotów...
Avi zmrużył oczy. Ale i tak widać było błysk, który pojawił się w nich, gdy chmury odsłoniły księżyc w pełni... dobył noża oraz ukrytego na plecach ostrza Wakizashi.
- Twój ruch... - dodał Snake Eye płynnym ruchem wyciągając katanę z pokrowca na plecach i stając w pozycji bojowej...

DoPr

Wojownicy z powagą wyprostowali się, a następnie głęboko ukłonili. Myśli nabierały tempa, a czas powoli zaczął się wydłużać. To musiało w końcu kiedyś nadejść, ich drogi za bardzo się rozeszły. Zmienili się, już nie potrafili znaleźć wspólnych celów, motywów działania. W końcu wyłonił się konflikt... Nigdy by nie przypuszczali, że staną do walki z takiego powodu, ale cóż, jeden z nich wybrał drogę śmierci... W imię czego?
Obie postaci, w niezwykłym skupieniu, mierzyły się wzrokiem. Powoli przesuwając się w prawo, zataczali na ziemi okrąg. Żaden nie atakował, tylko czekał na ruch drugiego. Zdawali sobie sprawę z tego, że są sobie równi. W powietrzu wisiało uczucie śmierci - któryś z nich na pewno dziś zginie... Nagle Avi zdecydował się na atak. Wykonał zwód w prawo, a lewą rękę uzbrojoną w ostrze, błyskawicznie wysunął w kierunku brata. Jednak SnekeEye uchylił się, a ostrze zaledwie lekko rozcięło jego czarny ubiór w okolicy klatki piersiowej. Natychmiast wykonał kolejny zwód i zdecydował się na kontratak, ale w ostatniej chwili uchylił się przed stalą, która prawie podcięła mu gardło. Jednooki odskoczył do tyłu i przyjął postawę oczekiwania na atak. Krople potu powoli zaczęły spływać po twarzy...
- Było blisko bracie, ale nie wystarczająco blisko. - spróbował się uśmiechnąć, ale wyszedł z tego tylko niezgrabny grymas. Wcale nie było mu do śmiechu.
- Możesz już mnie nie nazywać "bratem", Snake. Nasze drogi dawno się rozeszły, a teraz najwyższy czas zaprowadzić porządek w rodzinie. Najwyższy czas byś poszedł do gleby więc nie strzęp języka i giń! - Pewny siebie Avi wykonał kolejny cios, ale tym razem Snake dał radę go odparować. Jedno z ostrzy Aviego poszybowało wysoko w górę i wylądowało gdzieś w ciemności. Avi niepewnie wycofał się dwa kroki, by spokojniej rozważyć swoją sytuację, jednak ninja postanowił wykorzystać tę chwilę słabości przeciwnika i wykonał do przodu wysoki skok z obrotem. Miecz ze świstem przeciął powietrze nie napotykając na ciało. Avi wykonał unik i momentalnie, przerzucając nóż z prawej dłoni do lewej, wbił ostrze w bark jednookiego. Z ust Snake'a wydobył się przepełniony bólem i zawiścią skowyt. Jego brat, nawet z jednym nożem był śmiertelnie niebezpieczny. Palący, rozdzierający ból głębokiej rany dawał znać, że walka już się kończy. Snake miał ostatnią szansę...
Avi już pewniejszy siebie przyjął postawę oczekiwania. Maksymalnie skupił się na mięśniach przeciwnika. Już zaraz miał nadejść ostatni cios. "A jednak rodzina - pomyślał - tylko nasza krew, nasze ciało jest nadal niebezpieczne, mimo iż tak poważnie ranne." Aviemu zrobiło się nawet trochę żal brata, ale teraz już nie mogli przerwać. Raz rozpoczęty pojedynek, raz wyjęte ostrze musi zakosztować krwi - tak ich uczono, tego wymagał honor.
Znów dwie postaci zataczały okrąg, w niezwykłym skupieniu mierząc się wzrokiem. Jedna z nich mocno zmęczona, ale nie tak ranna ja ta druga. Rozorany bark dla większości był by oznaką tego, że pojedynek jest już skończony, ale obaj wojownicy bardzo dobrze wiedzieli, że póki jeden z nich nie odda ostatniego tchnienia, nie skończy się ta próba, a wynik nie będzie rozstrzygnięty.
Snake tracił mnóstwo krwi... Czuł chłód, wołanie śmierci. Musiał w końcu zaatakować. Ta walka dla niego nie mogła się więcej przedłużać. "Albo teraz, albo nigdy." - pomyślał i zebrał całą siłę, jaka jeszcze w nim została. W mgnieniu oka wykonał zwód... Avi dostrzegł ruch mięśni wskazujący na ruch w prawo. Momentalnie przerzucił ostrze do tej ręki i wykonał pchnięcie. Ku jego zdumieniu ciało zamiast w prawo, przesunęło się w lewo... "Zmylił mnie!" - ostatnia rozpaczliwa myśl przemknęła przez głowę, która już po chwili, oddzielona od tułowia jednym szybkim cięciem, leżała na piasku.
- I po co to nam było? - wymamrotał Snake i nieprzytomny padł na piasek.

ciąg dalszy - NSO na Forum SHAMO


FALCON VISUAL | creative agency
Shamo - Fallout Community | Copyright (c) 2002-2010 Michał Cichoń & Falcon Visual. Projekt: falconvisual.com. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Optymalizacja strony dla Firefox 2.0 oraz IE 6.0 oraz wzwyż. Minimalna zalecana rozdzielczość ekranowa to 1024x768. Kopiowanie i powielanie tekstów ze strony jak i z forum tylko za pisemną zgodą jej autorów. Fallout, Interplay i Bethesda Softworks są zastrzeżonymi znakami handlowymi firm Interplay & Bethesda Softworks. Użyte elementy grafiki należš do Rowan Cassidy.
Fallout Shelter!